Strażnicy Galaktyki vol. 2

… czyli o tym, że rodziny się nie wybiera, tylko, że czasami tak.

300x400x821bb891643f8e4ce1d81ff634166188.jpg.pagespeed.ic.sVLAgZeTDY

Spojlery poniżej

Nie ukrywam, stęskniłam się za Strażnikami przez ostatnie trzy lata. I chociaż w kinach nie brakowało filmów o superbohaterach, a z telewizji wręcz wylewały się kolejne serialowe bohaterskie produkcje, brakowało mi wśród nich dwóch godzin humoru, który jest śmieszny, kiedy ma być śmieszny. No, dobrze,  generalnie brakowało mi też trochę jazdy bez trzymanki i uzbrojonego szopa.

Niedługo po obejrzeniu drugiej części, miałam okazję przypomnieć sobie jak to się wszystko zaczęło oglądając ponownie pierwszą część przygód Strażników. Chociaż z początku wydawało mi się, że jakby trochę mniej tarzałam się po podłodze ze śmiechu na sali kinowej, to muszę przyznać, że w porównaniu do części pierwszej charakterystycznego poczucia humoru scenarzystów Jamesa Gunna i Nicole Perlman.* Nie tylko żarty nie straciły więc na poziomie, ale i wszystko, za co fani pokochali postaci w 2014 roku: nonszalancję Star-Lorda, nieustraszoność Gamory, beztroskość Groota, czy zawadiackość Rocket-Racoona.

To właśnie upartość tej ostatniej postaci jest tym z klocków, który uruchamia filmowe domino. Rocket zwabiony ceną baterii,które dla rasy Suwerenów zgodzili się chronić strażnicy, postanawia ukraść kilka dla siebie. Rozwścieczeni Suwereni atakują statek Strażników, a ten rozbija się na najbliższej planecie, kiedy tylko udaje im się uciec przed wrogą flotą. Okazuje się, że dobrym duchem, który umożliwił im ucieczkę jest tajemniczy kosmita o imieniu Ego.** Okazuje się on być nikim innym jak.. ojcem Quilla.

Jeśli w tym momencie jak ja wywracacie oczami, bo spodziewaliście się familijnej dramy co najmniej od momentu, kiedy Ayesha (przywódczyni Suwerenów) sugeruje Quillowi, że jest w nim coś nie człowieczego, to polecam jednak z ciekawości trzymać się fotela. Ego nie jest zwykłym kosmitą – jest raczej rodzajem żyjącej materii, która może tworzyć różne formy organiczne i krzyżować się z nimi. Jakkolwiek mało romantycznie by to brzmiało mniej więcej dlatego został ojcem Quilla, który na planecie należącej do Ego odkrywa zupełnie nowe możliwości swojego ciała i umysłu.

Pochodzenie Quilla od początku filmowych przygód Strażników wnosi w historię odrobinę niepokoju i tajemnicy. Dlatego wydawać by się mogło, że odkrycie przez twórców kart tak wcześnie w rozwoju filmu wnosi niewiele nowego do kontynuowanego od części pierwszej wątku przyjaźni i braterstwa bez względu na rasę, wychowanie czy planetę.  Spadek genetyczny Quilla jest jednak tylko jednym z kilku problemów rodzinnych, z którymi muszą zmierzyć się Strażnicy. Gamora i szalejąca na wolności Nebula na nowo odkrywają, że więzi siostrzane są silniejsze niż traumy zafundowane przez własnych rodziców. Strażnicy przekonują się również, ile cierpliwości i nerwów kosztuje wychowanie małego kosmity. Z demonami rodzinnej przeszłości mierzy się nawet sam Rocket, kiedy Yondu wypomina mu jak bardzo odtrącając od siebie najbliższych, przypomina mu niego samego.

Ostatecznie i Star-Lord musi ponownie zmierzyć swoje wyobrażenia o idealnej rodzinie z rzeczywistością, w której jego biologiczny ojciec okazuje się raczej daleki od wyżej wspomnianego ideału (w filmie reprezentowanego przez Davida Hasselhoffa z czasów „Knight Rider”***). Quillowi udaje się jednak zapanować nad sytuacją dzięki jedynej, jakby się wydawało, typowo ziemskiej cesze, czyli swojemu sercu. O ile Ego udało się przekazać pewne pół-boskie zdolności głównemu bohaterowi dziedzicznie, o tyle Quillowi udało się zaszczepić jeszcze więcej odwagi w swoich przyjaciołach, co na prawdę pomaga im się wydostać z opresji. Właśnie dlatego Strażników ogląda się tak dobrze. Ile razy w życiu nie wiemy czego się złapać, już nawet tej brzytwy, tylko po to, by obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jak osoby, które zainspirowaliśmy budują dla nas tratwę. Nie zawsze w pobliżu jest nasza rodzina, ale prawie zawsze są nasi przyjaciele.

Quill odnajduje więc nie tylko brakujące części swojej rodzinnej historii, ale i prawdziwą wartość rodziny – wsparcie i pomocną dłoń, którą, jak się okazuje, od początku [w sumie do końca] wyciągał do niego Yondu. Za całokształt pucharu najlepszego ojca świata może by nie dostał,**** ale w historii o Strażnikach chodzi właśnie o to, że ma być nieidealnie. Bo takie jest życie. Nieperfekcyjne. Od pierwszej części Strażnicy udowadniają jednak jak przypadek, odrobina szaleństwa i ryzyka udowadniają, że nawet człowiek, kosmitka, szop, Drax i gadające drzewo mogą uratować świat, a nawet całą galaktykę. Oby tak dalej, byle do kolejnej części.

 

*pani Perlman współtworzy też w tym momencie scenariusz Captain Marvel

** w tej roli wspaniały Kurt Russell i bardzo na siłę odmładzanie na początku filmu

*** obsypać złotem temu, komu udało się go namówić na małe cameo

****pomimo tego, że na prawdę widać, że mu zależy

Reklamy

2 comments

  1. A gdzie recenzja dla mnie :P?

    Jeśli chodzi o 2 część Strażników, to jednak jakoś pierwsza bardziej mi siadła. W drugiej miałam wrażenie, że całość spina w klamrę Yondu i trochę się niecierpliwiłam. Ale i tak fajnie było ich znowu zobaczyć :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s