SPECTRE

Właściwie to gdybym nie miała do tego dogodnej sposobności, to na nowego Bonda bym się nie wybrała. Nie zrozumcie mnie źle, to nie dlatego, że nie lubię przystojnych tajnych agentów, Daniela Craiga, czy tajemniczych organizacji i ich mrocznych macek [dosłownie]. Wręcz przeciwnie! Zwyczajnie, nie spodziewałam się po tym filmie niczego specjalnego – miałam tylko nadzieje, że przez dwie godziny nie zanudzę się na śmierć i, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby ktokolwiek wyszedł z sali kinowej chociaż odrobinę zaspany.

Filmy o Bondzie powinny w końcu trzymać nas w fotelu wybuchami na pustyni, widowiskowymi pościgami po narciarskich kurortach i małomównymi osiłkami, którzy stąpają po piętach tajnego agenta na każdym kroku. Tego w najnowszej części zdecydowanie nie brakowało. Jeśli akurat nie robią na nas wrażenia ani widowiskowe wysadzanie budynków, ani pokręcone tortury z użyciem wielu wierteł, to zawsze mogliśmy zawiesić oko na drogich samochodach lub absolutnie przepięknych lokalizacjach w których powstawało „Spectre”. Sam film otwiera, pokazywana już w trailerze, parada Święta Zmarłych w Mexico City. Jest to świetnie nakręcona sekwencja, wyjątkowo malownicza i dynamiczna ze względu na kolorowych przebierańców, oraz, o ile dobrze pamiętam, całe przejście przez paradę aż do hotelu powstało w jednym ujęciu – takie sceny zawsze robią na mnie ogromne wrażenie.*

Myślę, że jeżeli Sam Mendes postanowił stworzyć nowego Bonda z myślą, że będzie to przede wszystkim dobra rozrywka, to zdecydowanie mu się to udało. W szczególności w porównaniu do poprzedniej części, jest zdecydowanie mniej mroczny i przepełniony metaforami i morałami. Oczywiście, miło jest opuścić kino po dwóch godzinach z myślą, że jest się lepszym człowiekiem, ale wszystkie wnioski wynikające z nowego Bonda są na tyle klasyczne, że mieliśmy z nimi do czynienia w co najmniej kilku innych częściach samej historii lub właściwie w wielu filmach kina akcji. W końcu nie tylko w tej historii dobro ma zwyciężać, źli dostawać po tyłkach a droga po trupach nie zawsze prowadzić do celu. Mam nadzieję tylko, że przy tym całym rozrywkowym podejściu twórców, w samym założeniu, romans nie miał grać głównych, albo nawet drugich skrzypiec w „SPECTRE”, bo to element, który ewidentnie im się nie udał.

Pomijając już fakt, że filmowa Madeleine jest zwyczajnie nudną postacią, pomiędzy nią a Bondem nie pojawia się ani jedna iskra, która pozwoliłaby widzom uwierzyć w tekturę, jaką jest wizja ich związku. Właściwie najbardziej emocjonalną sceną między tą dwójką była sytuacja, w której oszołomiona Madeleine każe Bondowi iść do diabła. Wieść niesie, że prywatnie aktorzy za sobą bynajmniej nie przepadają, więc być może dlatego to właśnie ten moment wyszedł im najbardziej przekonującą. Odstrasza mnie też klasycznie hollywoodzki rozrzut wiekowy pomiędzy parą – między aktorami jest około siedemnastu lat różnicy, a główna bohaterka wyglądała nawet na jeszcze mniej niż trzydzieści lat. Poza tym, Madeleine pojawia się właściwie głównie po to, by popchnąć Bonda w stronę odpowiednich wskazówek. Dostajemy więc bohaterkę bez żadnej głębi, o szczątkach motywacji i z niczym, co czyniłoby z niej wartą zapamiętania dziewczynę Bonda. Co ciekawe, w kontraście do głównej bohaterki, najciekawszą kobiecą postacią była grana przez Monicę Bellucci wdowa po mafiozie. Monica dostała niecałe 5 minut ekranowych, ale w ich trakcie już miała ciekawszy romans niż Madeleine, bardziej pikantne sceny i, wierzcie mi, chyba wszyscy wydali z siebie pełne zadowolenia „uu~” kiedy pojawiła się w seksownym gorsecie. Po cichu miałam nadzieję, że może załapie się jeszcze na jakiś plot twist, szczególnie po tym, ile czasu otrzymała w trailerze, ale jednak nie dane nam było zobaczyć jej więcej.. a szkoda! Wyjątkowo ciekawa okazała się również Moneypenny – chociaż drugoplanowa, świetnie znała swoje miejsce w organizacji i potrafiła je wykorzystać. Oby więcej takich bohaterek.

Niestety, potencjał zmarnowano nie tylko w przypadku głównej bohaterki. Główni Źli tej części, Oberhauser i Denbigh, nie byli ani straszni, ani szczególnie skomplikowani. Mam wrażenie, że brakowało im lepszej motywacji niż po prostu, być złym i/lub nienawidzić Bonda. Ponadto, jak bardzo lubię obu aktorów,Christopha Waltza i Andrew Scotta, widziałam ich w zwyczajnie lepszych rolach kanalii. Myślę, że gdyby pozwolono im się trochę bardziej rozwinąć, to dostalibyśmy biurokratycznymi koszmarami na lata, a tak trafiła się nam tylko pogadanka o meteorycie i prawie-jak-Moriarty. To bardzo słabo jak na przeciwników tak dobrze znanej postaci jak James Bond. Brakowało więc w filmie odpowiedniego elementu, który balansowałby równowagę pomiędzy pozytywnymi i negatywnymi postaciami.

To mi przypomina, że Oberhauser w jednej ze scen stwierdza iż Bond jest jak latawiec w środku huraganu. Biorąc pod uwagę jak niezrównoważone są wątki i motywacje postaci, chyba zaczynam w to wierzyć.

Osobiście mam jednak pozytywne odczucia po obejrzeniu „SPECTRE”. Nie jest to najlepsza i na pewno w żaden sposób wybitna część historii o agencie 007. Fabuła bywała płaska, wątek romantyczny naciągany, a budowana od kilku filmów mroczna organizacja okazała się jednak jakoś mało straszna i o niezbyt silnych strukturach. Jeśli  mamy  ochotę na dwie godziny dobrej akcji, efektów specjalnych i lekkiego humoru, to jest to film, po który warto sięgnąć, choćby dla rozluźnienia atmosfery po poprzednich częściach.

 

 

*dużo większe niż robienie beczki helikopterem nad panikującym tłumem

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s