jak zrobić dobre sci-fi według „Killjoys”

Przyznam, że nabijanie się z produkcji Syfy traktuję czasami jak sport. Bo jestem wredna. Ile razy można oglądać utarte schematy przybrane w przesadnie wystrojone kobiety i kanadyjskie lasy i polany?  Gdybym próbowała stworzyć scenariusz dla tej stacji, dorzuciłabym do tego konspirację na pół kosmosu, tajemniczą organizację i ekipę, która nie boi się brać byka za rogi. Wszystko to z nadzieją, że nie stworzę kolejnej nudnej opowiastki dla fanów sci-fi, którzy przecież mieli na swoich talerzach już prawie wszystko. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się, że, mimo tego iż przepis na „Killjoys”  jest prostszy niż na tłuczone ziemniaki, serial zwyczajnie wciąga. I chyba nawet wiem dlaczego. Poniżej więc kilka wskazówek od twórców serii, widzianych moimi oczami. Spoilery included.

1. Stwórz kobiecą bohaterkę i nie zrób z niej męczennicy

Dodatkowy poziom trudności: daj jej backstory, który jej nie krzywdzi, a stwarza z niej twardą babkę. W przypadku Dutch można by się spierać, czy dzieciństwo w haremie i pranie mózgu przez zawodowych zabójców na pewno w żaden sposób jej nie skrzywdziło. Jest to jednak bohaterka inteligentna, posiadająca dystans do swoich przeżyć i silną motywację, by z tego całego zamieszania, jakim było jej wychowanie, wyszło coś dobrego. Zadaje też wiele niewygodnych pytań, co nigdy nie wróży nic dobrego – najlepszą jej cechą jest jednak to, że cokolwiek by na nią nie spadło, Dutch zwyczajnie nie da się złamać i na takie bohaterki zasługują współczesne serie sci-fi.

2. Dorzuć wątek romantyczny, który nie będzie osią relacji bohaterów

Nad tym, że w stronę romansu prędzej czy później będzie zmierzać relacja Dutch i D’avina nie trzeba było się długo zastanawiać. Pozytywnie zaskoczyły mnie w tym przypadku dwa fakty. Po pierwsze, strzała amora i wszystkie jej zawirowania nie zostały potraktowane jako najważniejszy element ich związku. Właściwie do punktu kulminacyjnego nie wiele fabuły kręciło się w okół tego, jak, i czy w ogóle, obie postaci skłaniają się ku sobie. Pojawiały się pewne subtelne uwagi na ten temat, ale nie grały one przeważnie pierwszych skrzypiec. Telenoweli oszczędzono nam też po tym, jak, otumaniony wojskową technologią D’avin, postanowił zamordować całą swoją drużynę. Wiadomo było, że odbije się to na relacji tych dwojga, ale rozwój dalszych wypadków wcale nie pachniał sztucznym dramatem i przesadą (no, może trochę, ale komu nie podobała się kosmiczna jenga?). Po drugie, twórcom udało się stworzyć normalną, romantyczną relację, w której żadna z postaci nie została potraktowana jak zdobycz, albo nagroda. Nic na siłę. Wszystko wyszło [w miarę] naturalnie i z klasą. Oby więcej takich historii.

3. Dorzuć wątek damsko-żeński między głównymi bohaterami, który nie będzie miał nic wspólnego z romantyczną relacją

Poważnie, jak tu nie kochać Dutch i Johna? Najlepsze i absolutnie przeurocze przyszywane rodzeństwo tego uniwersum.

4. Spraw, żeby każda postać miała swoją motywację (również drugoplanowe bohaterki żeńskie)

Tak jak istnieją w serialach odcinki-zapychacze, tak popularne serie są wręcz przepełnione zapychaczami-bohaterami. Najczęściej pojawiają się z nikąd po to żeby zginąć, przekazać coś mało światłego lub wprowadzić element nakręcający fabułę, tylko po to… żeby zostać odstawionym w zapomnienie. O ile idee głównych bohaterów zostały nakreślone bardzo jasno, tym przyjemniej było wejść w świat „Killjoys”, w którym każda postać ma swoją motywację – nawet postaci drugoplanowe w odcinkach mniej związanych z wątkiem głównym.* Najbardziej spodobało mi się jednak stopniowe rozwijanie fabuły przez ujawnianie motywacji kolejnych postaci – w ten sposób do samego końca sezonu intrygowało mnie kim właściwie jest tajemniczy nauczyciel Dutch i dlaczego ją przygarnął. Twórcom udało się widzów też zdecydowanie zaskoczyć np. ujawniając prawdziwą twarz Haardy. „Killjoys” nie podaje wszystkich historii na talerzu, pozostawiając swoich widzów głodnych nie tylko szczegółów, ale i kontynuacji. Na całe szczęście, obie z tych misji zakończyły się powodzeniem,

5. Pokaż, że postaci są skomplikowane, nie dlatego, że są mroczne, tylko ponieważ ludzie tacy są

Uwielbiam kiedy postaci nie są tylko czarne i białe, ale kiedy twórcy postanawiają nas mile zaskoczyć zestawem cech bohaterów, po których do końca nie możemy zadecydować, czy napewno są dobrzy czy źli. W całych dziesięciu odcinkach bohaterowie spotykają zestaw postaci z prawie każdego punktu na skali i, co najciekawsze, umożliwiają nam poznanie prawdziwe skomplikowanych, nierzadko również powiązanych ze sobą historii. Dzięki temu, iż każdej postaci dano szansę na wykazanie własnej motywacji, to widzom, a nie scenarzystom, pozostawiono decyzję, czy uważają dane postaci za pozytywne, czy negatywne. Myślę, że dobrym przykładem jest Dr Simms – kiedy w końcu dowiadujemy się, co skłoniło ją do przyjęcia pracy w takim, a nie innym miejscu, okazuje się, iż wcale nie jest tak łatwo jednoznacznie wskazać jej stronę. Każda z postaci ma swój cel i to on charakteryzuje je równie mocno, jak pochodzenie, wyznanie czy wartości, które wyznaje. Trzeba się pomęczyć, żeby tak wszystko w uniwersum poukładać, a to się chwali.

6. Umieść w swoim uniwersum ludzi wszystkich wyznań i kolorów skóry

Okej, wprawdzie „Killjoy” nie jest tym z seriali, z których wylewa się różnorodność, ale myślę, że udało im się o nią w miarę zadbać. W wiekszości seriali sci-fi da się odczuć jednak duszną nutę monotonii, kiedy to w tajemniczych sektach od razu odnajdujemy znane motywy, a, potencjalnie zdominowany przez Chińczyków układ słoneczny, jest podejrzanie pełen tylko białych postaci.*** Twórcom udało się jednak uniknąć wyjątkowo sztampowych wyobrażeń o orientalnych kulturach oraz umieścić w obsadzie aktorów reprezentujących różne typy i kolory skóry. Trochę mi wstyd, że w XXI. wieku to wciąż taka atrakcja, ale nie oszukujmy się – poprzeczka wcale nie wisi wciąż tak wysoko, jakby się to nam wydawało.

To twoje uniwersum, do cholery, możesz w nim robić co chcesz. Nawet kwaśne deszcze z prawdziwego kwasu.**

 

 

* nawet kobiety zgromadzone w sanktuarium w odcinku Vessels miały w swojej roli pewien zrozumiały cel i potrafiły go nie tylko wykazać, ale i obronić

** 10/10 pkt za pomysł

*** kocham „Firefly”, ale mogło być lepiej

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s