Można zjeść byle co, ale nie byle jak zrobione – azjatyckie jedzenie w drugim sezonie serialu „Hannibal”

Notka o łzach rozlanych z powodu finału jeszcze się szykuje, ale zainspirowana wypocinami mojego osobistego Willa postanowiłam przerobić swoje smutki na coś bardziej konstruktywnego. Notka powstała na podstawie materiałów przygotowanych na panel o tym samym tytule na konwencie Animachina 2014 w Bytomiu.

tumblr_inline_n34lxjPusa1qkf9i9

Internet wie co nieco o jedzeniu. Internet wie również wiele rzeczy na temat tego, jak kogoś zamordować. Jeśli zestawimy ze sobą te dwa czynniki, prędzej czy później z pewnością trafimy na „Hannibala”. Historia zawarta w książkach Thomasa Harrisa doczekała się w 2013 roku nowej, odświeżonej wersji na ekranie telewizji NBC, powodując tym stworzenie nowych, pięknych fandomów, zaostrzenie gustów kulinarnych swoich widzów, a kilka osób być może nawet przeszło na wegetarianizm. Dzięki wzomożonej pracy scenarzystów, z Bryanem Fullerem na czele, (to on stoi również za seriami takimi jak „Pushing Daisies”, czy „Wonderfalls”) reżyserów i stylistów żywności, już drugi sezon mogliśmy cieszyć nasze oczy i uszy masakrą w wersji deluxe. Myślę, że wszyscy oglądający ten serial zgodzą się ze mną, jeśli powiem, że zarówno wizualnie jak i fabularnie wyznacza on zdecydowanie wysoki standard dla dzisiejszych produkcji małego ekranu.

Oczywiście, pierwsze skrzypce, jak w większości thrillerów, grają w nim intrygi i morderstwa, ale nie da się nie zgodzić z faktem, iż jedzenie odgrywa niezwykle ważną rolę w historii o psychopatycznym kucharzu. Nie tylko jest ono spoiwem całej historii, stanowi odstraszacz i kusi apetycznymi kształtami i kolorami. Jest ono również prawdziwym wyznacznikiem sezonu. W drugiej serii, która swoje nadawanie skończyła w maju 2014, motywem przewodnim był japoński styl podawania kolacji, kaiseki. Skąd jednak to zamiłowanie do Azji wśród twórców i dlaczego właściwie Japonia została wybrana pod nóż Hannibala w tym sezonie? Kilka kotletów później doszłam do tego, iż odpowiedzi można szukać m.in. w definicji orientalizmu, ale też w problematyce samego kanibalizmu.

Pojęcie i zjawisko orientalizmu prawdopodobnie najdokładniej opisał w swoim dziele, o tytule, nomen omen, „Orientalizm”, człowiek znienawidzony przez wszystkich studentów filologii i kulturoznawstwa, czyli Edward Said. Po pierwsze, założył on, iż pojęcie to, wprowadzone przez orientalistów okresu kolonizacji, osób zainteresowanych kulturą wschodu, wprowadza binarny podział społeczeństwa na „nas” i „tych drugich,” rozdzielonych ze sobą niewidzialną linią geograficzną, dzielącą świat na zachód i wschód. „Nas,” w oczach orientalistów, tworzy kultura zachodu, kolonizatorów. Są oni ucywilizowani i uporządkowani – w przeciwieństwie do „tych drugich”; przez to również mają oni obowiązek reprezentowania wschodu w zachodniej kulturze. „Ci drudzy” to właśnie ten biedny, dziki wschód, niezorganizowany i niezdolny do podjęcia samodzielnych działań,  wymagający otoczenia opieką ze strony zachodu.

W tym momencie definicja wschodu zupełnie nie pasuje do tego, co kojarzymy z serialu: wysoka jakość dań, piękne wnętrza, drogie wyposażenie. Nowocześni twórcy  nie odnoszą się już do orientu tak jak to robili kolonizatorzy, ale czerpią z procesu tak zwanej romantyzacji zjawiska.

Orient szybko doczekał się przemielenia przez maszynkę romantyzmu. Ponieważ wschód utożsamiano z egzotyką, brakiem cywilizacji, a więc w efekcie,  bliskością z naturą i spokojem, w odróżnieniu od brutalnego i wyzutego przez nowoczesność zachodu. Orient stał się krainą niewinności i czystości. W ten sposób niektórzy twórcy zachodu zaczęli utożsamiać nieucywilizowany wschód z krainą idealną dla rozwoju swojej twórczości. Niemniej jednak, cechy takie jak czystość i niewinność powodowały, iż wschód wydawał się zupełnie bezbronny, a, jako taki, nie miał możliwości uzyskania wyższego stopnia w hierarchii cywilizacji niż rozwinięty i modernistyczny zachód.

Czy zamiłowanie do azjatyckiej estetyki sprawia, że Hannibal staje się bardziej czysty i niewinny? Nie sądzę. Uważam jednak, że w pewien sposób odgradza go to od prezentacji pozostałych postaci, przypominając nam na każdym kroku, że jednak Hannibal, mimo tego, że ładnie ubrany i dobrze gotuje, wcale nie jest taki jak inni bohaterowie. Choćby dlatego, że, co tu dużo ukrywać, jest kanibalem, i to się w dodatku, do cholery, rymuje.

hannihahaha1

Taka prawda.

Kanibal kanibalowi nierówny. Dzisiejsze media przyzwyczajają nas raczej do niezbyt pozytywnego image. Co nóż, słyszymy historie podobne do tych, jak to dwaj panowie w zupełnie cywilizowanym państwie umówili się na rand-e-vouz zwieńczone wspólną degustacją przyrodzenia jednego z nich, a później przetworzenia ochotnika na zapasy w zamrażarce. Nie ma się co dziwić, morderstwo to morderstwo, i nie mam tutaj zamiaru niczego,  ani nikogo usprawiedliwiać. Jednakże, jeżeli przyjrzymy się literaturze i popkulturze, szybko zauważymy, że historie nauczyły nas rozróżniać dwa typy kanibali: jeden, dziki, na myśl przywodzący raczej filmy o podróżnikach zagłębiających się w najczarniejsze zakamarki Czarnego Lądu, oraz drugi, bardziej cywilizowany, taki jak znany nam z książek, filmów i serialu Hannibal Lecter. O postrzeganiu kanibalizmu nie decyduje jednak ani status społeczny, ani położenie geograficzne. Elementem kluczowym jest tutaj sposób przygotowania jedzenia. Zwyczajne schwytanie człowieka, poćwiartowanie i pożarcie na surowo jest bliższe zwierzęciu niż osobie nowoczesnej. Kiedy kanibal schwyta, poćwiartuje ale postara się i przyrządzi mięso, oznacza to dwie rzeczy: musiał poznać swoją ofiarę (zgodnie z maksymą, „wiem, co jem”) oraz podjął wysiłek empatii, zgłębiając sposoby przygotowania takiego mięsa. Ten czynnik właśnie odróżnia dzikiego kanibala od kanibala nowożytnego: proces przygotowania zbliża do człowieczeństwa bardziej, niż zwykły akt jedzenia.

Jedzenie samo w sobie, tak jak wspominałam, odgrywa niezwykle ważną rolę w historii Hannibala, oraz jego definicji jako kanibala, chociaż nie jest to od początku takie oczywiste. W pierwszej książce serii, „Czerwony Smok”, sam fakt bycia kanibalem jest jedynie jedną z wielu cech, jakich dowiadujemy się o doktorze Lekterze, oprócz tego, że jest brutalny ale ma dobry gust. Sam agent Graham wypowiada się o nim jedynie wspominając, iż jest on „potworem”. Hannibal jest tutaj jednak jedynie postacią poboczną. Więcej na temat jego natury dowiadujemy się w drugiej książce serii (mojej ulubionej), czyli „Milczenie owiec”. Wieszczony przez Grahama „potwór” okazuje się bardziej ludzki, niż by się tego agent Starling spodziewała. Wykazuje niezwykłe zamiłowanie dziełami kultury, skomplikowanymi tajnikami kulinariów, językami i wszystkim, czego nie spodziewalibyśmy się po opisie serwowanym przez pozostałe postaci. W dodatku, sam akt kanibalizmu nie jest uznawany przez samego Lectera jako sposób na zdefiniowanie siebie względem innych (ja VS zwierzyna), ale raczej na poczucie harmonii, bycia jednym z ofiarą. Ten wątek z resztą kontynuowany jest również w trzeciej części historii, „Hannibal”, w której kanibalizm jest rozumiany jako akt wybaczenia, w końcu Hannibal nie zjada ludzi, ponieważ na to zasługują, ale żeby w ten sposób ulepszyć to, co zepsuli swoją obecnością. Agent Starling uważa wręcz, iż całą kwintesencją polowania Lectera jest smak, który dla Hannibala staje się sposobem na zbliżenie się do człowieczeństwa: smakując ludzi dzieli ich doświadczenia i przeżycia.

Lecter jest więc, pomimo swojej otoczki potworności i nadczłowieczeństwa, postacią pełną empatii. Dlatego też odpowiadając na pytanie, dlaczego właściwie kuchnia japońska została wzięta pod uwagę jako motyw przewodni drugiego sezonu, uważam, że za zastosowania miała tutaj równowaga z, nazywaną przez mnie, zasadą „dwóch E,” tak silnie obecną w kuchni japońskiej, czyli przywiązaniem szczególnej uwagi do estetyki i empatii. Samo kaiseki (tytuł pierwszego odcinka drugiej serii oraz zbiorcza nazwa dań, których nazwami zatytułowano kolejne odcinki) powstało z myślą o stworzeniu u gościa atmosfery zrozumienia, gościnności i wyrazu empatii gospodarza. Japończycy znani są również ze swojego przywiązania do estetyki, bez której tradycyjne kaiseki nigdy by nie powstało.

Odchodząc jednak na moment od tematu jedzenia, warto zadać sobie pytanie, czy jedynie pożywienie i tytuły odcinków miały cokolwiek wspólnego z Japonią w tym sezonie serialu? Twórcy jak zwykle zadbali o każdy szczegół. Już na początku na twitterze Bryana Fullera mogliśmy zobaczyć to urocze drzewko bonsai, które znalazło schronienie w gabinecie doktora Lectera. Wizualnych nawiązań jest jednak zdecydowanie więcej. Główny projektant produkcji, Matthew Davis, zadbał, by w szczególności sypialnia Hannibala wywierała na widzach azjatyckie wrażenie. Jedna z teorii, wypunktowanych również przez samego Davisa, głosi, iż miało to na celu nawiązanie do jednej z postaci z życia Hannibala, jego ciotki Lady Murasaki, która zresztą była również jego pierwszą młodzieńczą miłością. W sypialni Hannibala dostrzec można zresztą pewien ciekawy element odnoszący się do tej historii, zbroję Date Masamune, przodka Lady Murasaki z przełomu XVI i XVII wieku. Zbroja użyta w serialu jest jednak mieszanką dwóch rodzajów uzbrojenia: kozane dou gusoku, zbudowanej z indywidualnych płatów oraz tosei dou gusoku, zbudowanej z elementów metalowych. Jak większość przedmiotów, którym poświęca się więcej, niż sekundę czasu ekranowego, również zbroja ma swoje metaforyczne znaczenie. W książkach symbolizowała między innymi słabość Hannibala, której uległ, zabijając mężczyznę, który dopuścił się znieważenia jego ukochanej ciotki. W serialu można odnieść wrażenie, iż Hannibal komunikuje zbroją pewien rodzaj odgrodzenia, mówiący „do tej sypialni może wejść każdy, ale nikt nie wkroczy do mojego serca”. Dupek. Ale z klasą.

Zbroja zdobiąca sypialnię Hannibala

Zbroja nie jest jedynym typowo japońskim elementem wyposażenia sypialni. Motywy japońskie widoczne są również na ścianach nad łóżkiem. Wiszące tam obrazy, to tak zwane, ukiyo-e. Są to drzeworyty, popularne w Japonii pomiędzy XVI a XVIII stuleciem, skierowane głównie do osób z wyższych sfer. Najczęściej przedstawiały piękne kobiety, zapaśników sumo, aktorów kabuki, sceny historyczne lub z podań, przyrodę oraz sceny erotyczne. Drzeworyty wiszące w sypialni Hannibala są autorstwa Katsushiki Hokusai oraz Utagawy Kunisady (jednego z najpopularniejszych tego typu artystów w XIX wieku). Pierwszy z nich przedstawia dwie kobiety w drodze do Tokaido. Kolejny przedstawia scenkę z XIX w. Japońskiej powieści „Opowieść  o ośmiu psach”, prezentując dwóch bohaterów tej historii, Genpachiego Nobunuchi oraz Inuzukę Shino Moritakę zmagających się ze sobą na szycie wieży Horyu zamku Koga. Kolejny obraz po lewej stronie to scenka przyrodnicza, widok na górę Tenpou, u wybrzeżu rzeki Aji. Ostatni z obrazów to scenka z życia, wycieczka na górę Fuji, tak zwana „Shojin Tozan” (również autorstwa Katsushiki).

Wracając do tematu jedzenia, nie można omawiać drugiego sezonu bez napomknięcia, iż do azjatyckich klimatów byliśmy przygotowywani już od zeszłego sezonu. Pamiętacie przy czym? Dokładnie, chodzi o sławny „rosołek”, czyli chińską zupę z kury jedwabistej.  Kura jedwabista, w Chinach zwana Silkie, znana była już w czasach antycznych. Łatwo ją rozpoznać po puchatym upierzeniu i piórkach o jedwabistej strukturze, stąd też nazwa tego zwierzęcia. Znoszą małe jajka i nie są zbyt mięsne. W kuchni chińskiej najczęściej stosuje się je w zupach. Uważa się, że ten rodzaj kury ma silne właściwości regenerujące, ponieważ pobudza produkcję krwi – dlatego takiej zupy nie podaje się kobietom w ciąży ani zaraz po porodzie.

Co ciekawe, pomimo tego, iż drugi sezon z samych nazw odcinków mówi nam, że czeka nas uczta w japońskim stylu, wcale nie oznacza to, iż dostaniemy po twarzy sushi z pani z dziekanatu. Właściwie najbardziej azjatyckim daniem w całej serii jest to, które zaprezentowane zostało w pierwszym odcinku serii, o tytule „Kaiseki”. Nie jest to cała kolacja kaiseki, jedynie jej wycinek, mukozuke. Jest to danie składające się z sezonowej ryby w formie sashimi (cienkie plastry surowizny). Mukozuke, którym Hannibal częstuje Jacka składa się z flądry i ości w tempurze, podanych na talerzu usadowionym na kostkach lodu (być może jakieś nawiązanie do kruszącego się lodu zapowiadającego nadejście wiosny), małzach z nasturcjami (uwaga, są to kwiaty jadalne, chociaż nie kwitną wczesną wiosną!) oraz listki marchewki i jeżowca.

Samo pożywienie nie jest jednak jedynym azjatyckim wątkiem w kuchni Hannibala. Wszyscy pamiętamy sławną sztuczkę z jajkiem, w trakcie której Hannibal rozbija jajko na ostrzu tasaka. Jest to tak zwana „Benihana trick”, od nazwy sieci restauracji z azjatyckim jedzeniem, Benihana. Szefowie kuchni w Benihana znani są z serii sztuczek, którymi umilają wieczór odwiedzającym ich restauracje.

Przejdźmy jednak do sedna japońskich wątków żywieniowych w serii, czyli do kaiseki. Nazwa została wymyślona przez zakonników  z Kyoto. Pierwotnie (bo zapisy obecnie są różne) składała się ona z nazw „kai”, oznaczających przednią kieszeń kimona zakonników oraz „seki” – kamień. Zakonnicy zwykli nosić w przedniej kieszeni gorące kamienie, by pozbyć się uczucia głodu. Później wpadli na to, żeby zwyczajnie nosić przy sobie niewielkie wegetariańskie przekąski. Kiedy zaczęli organizować ceremonie dla możnowładców, a oni z kolei zaczęli domagać się od zakonników czegoś więcej oprócz ryżu do herbaty, bam, wymyślono kaiseki. „Ojcem” kaiseki jest Sen No Rikyou, żyjący w XVI wieku, którego kaiseki różni się jednak od tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj. Po pierwsze, było dużo skormniejsze i składało się jedynie z 6 dań: mukozuke (pierwsze danie, zupa i ryż, czasami z sashimi), nimono (drugie danie, gotowane na wolnym ogniu, na ciepło), yakimono (grillowana ryba), shiizakana (specjalne danie, przystawka), suimono (zupa) i ko no mono (pikle, do popicia gorąca woda).

Już w XIX wieku dokonał się podział na cha kaiseki (kaiseki przy ceremonii herbacianej) oraz ryori kaiseki (podawane w restauracjach). Typowe ryori było jednak wciąż uboższe niż obecny, nawet 13-daniowy posiłek. Składało się z ośmiu dań, poniekąd korespondujących z prototypem: kuchitori (mieszanka przystawek), sashimi, nimono (tak jak w oryginale, gotowane danie), yakimono (podobnie, grillowana ryba), mushimono (nowość, danie na parze), agemono (kolejna nowość, ryba smażona w głębokim oleju), sunomono (danie z octem, coś kwaśnego, np. zupa), tomewan (nazwa ta nie została użyta w oryginale, ale obecnie na tomewan składa się, tak jak w ostatnim daniu w XIX wieku, ryż, zupa i pikle).

Untitled

Ryuri kaiseki vs cha kaiseki

Zachodzą równeż zdecydowane róznice pomiędzy samym kaiseki, który otrzymamy do herbaty, a kaiseki z restauracji. Ryori kaiseki jest obecnie bardziej skomplikowane, składa się nawet z 13 lub 14 dań, w skład których wchodzą: sakizuke (niewielka przystawka), hassun (druga przystawka, złożona z kilku dań), mukozuke (sezonowe sashimi), takiawase (warzywa + mięso (ryba lub tofu)), futamono (danie podane w pojemniku z pokrywką, zazwyczaj zupa), yakimono (grillowana ryba), suzakana (danie odświeżające podniebienie, np warzywa w occie), naka choko (lekka, kwaśna zupa), shiizakana (najcięższy posiłek, warzywa plus mięso), gohan (ryż z sezonowymi dodatkami), konomono (sezonowe pikle), tomewan (miso lub zupa warzywna + ryż) oraz mizumono (deser, np. owoce lub galaretka).

Cha kaiseki jest nieco uboższe i, w odróżnieniu od ryori, rozpoczyna się podaniem ryżu z miso i mukozuke (sashimi), żeby goście nie głodnieli przy herbacie. Drugim daniem jest wanmori, stanowiące punkt kulminacyjny wieczoru, ponieważ to przy tym daniu szef kuchni wykazuje się największym kunsztem. Jest to danie podobne do zupy, o czystym, przejrzystym płynie, w którym zanurzone są różne sezonowe produkty. Po wanmori następuje, podobnie do kolejności znanje z ryori, yakimono, czyli grillowana ryba. Shiizakana (przystawka) jest daniem opcjonalnym, podawanym jedynie, jeśli goście wyrażają ochotę zaczerpnięcia drugiego kieliszka sake. Azukebachi to kolejne danie opcjonalne, podawane jedynie na życzenie gościa, gdyż składają się na nie resztki z dotychczasowo podanych dań. Hashiarai to tak zwana „myjnia dla pałeczek”. Jeśli nie zostały podane dodatkowe dania, podaje się gorącą wodę smakową, w której goście mogą wypłukać swoje pałeczki po grillowanej rybie. Następnie, podawany jest hassun w formie przystawki zawierającej jeden produkt górski (np zieleninę) oraz jeden z wybrzeża (np. krewetki). Konomono stanowią same pikle. Ostatnim daniem jest Yuto, chrupiący ryż z dna garnka zmieszany z ciepłą, osoloną wodą.

Motywem przewodnim drugiego sezonu „Hannibala” jest restauracyjne kaiseki, składające się z trzynastu dań. Ważnym nadmienienia jest jednak fakt, iż twórcy nie trzymali się kolejnośći dań. Kolejność zmieniono w przypadku takiawase i mukozuke oraz nakachoko i shizakany. W pierwszym przypadku zrobiono to, by nawiązać do rozwiązania wątku Beverly Katz. W drugim, najprawdopodobniej, by zaznaczyć, że odcinek dziewiąty jest jednym z najcięższych do strawienia. Przyjrzyjmy się więc bliżej temu, jak dania kaiseki znalazły swoje odzwierciedlenie w serialu.

W przypadku serialu nie podjęłam się analizy każdego wątku z osobna. Czasami brałam pod uwagę pojawiające się dania, czasami metafory, a czasami tempo odcinka.

  • „Kaiseki” to tytuł pierwszego odcinka, który zresztą od samego początku zapowiada nam, jak historia w tej serii się rozwiąże (walką Jacka z Hannibalem).
  • Za ostateczny początek historii można więc przyjąć „Sakizuke”. Jest to przystawka, serwowana na pobudzenie podniebienia, ale swoją estetyką ma również ona zachęcać bogów do zasiądnięcia wspólnie z gośćmi przy kolacji. Kojarzycie te boskie nawiązania? Sam Hannibal poważnie zajmuje się w tym odcinku właśnie tematyką istnienia Boga, uwieczniając twórcę rzeźby we własnym silosie (oraz trawiąc jego mięso w formie wspaniałego osso bucco).
  • „Hassun” – tutaj ciężko było dojść, co właściwie twórcy mieli na myśli, i czy w ogóle. Dochodzę jednak do wniosku, że jak na zapowiadanie motywu przewodniego, to przypomnienie zbrodni Hannibala z poprzedniego sezonu w formie płonącej na porożu ofiary i przesyłki z uchem dobrze spełnia swoje zadanie. Poza tym, jak nie przyznać racji twórcom, iż motywem przewodnim serii jest to, że sprawiedliwości brak serca i rozumu, zupełnie jak zwłokom sędziego?
  • „Takiawase” – dwa niezwiązane ze sobą (na pierwszy rzut oka) wątki odzwierciedlają  ideę serwowania dwóch przygotowywanych z osobna składników w jednym daniu. Łączy je jednak jedna myśl przewodnia (w tym wypadku, radzenie sobie z bólem: mordercza pszczelarka przynosiła swoim pacjentom ulgę, a Hannibal odmówił Belli wejścia do Hadesu)
  • „Mukozuke” – ponieważ w tym odcinku największe wrażenie na nas wywiera (prawdopodobnie obok klaty Mikkelsena) pocięte na plasterki ciało Beverly, która wcześniej udała się szpiegować Hannibala, prawdopodobnie dlatego zdecydowano się na zmianę kolejności dań.
  • „Futamono” – jest to danie środkowe oraz środkowy odcinek sezonu. Chciałam tutaj jedynie zwrócić uwagę na jeszcze jedno nawiązanie do motywów azjatyckich (szpikulce wyglądają jak rękojeście katan) oraz na to, iż jedna z przystawek na przyjęciu Hannibala przypomina logo grupy pod przewodnictwem Bryana Fullera, czyli Living Dead Guy Productions.

  • „Yakimono” – pieczona sezonowa ryba. Hannibalowi znowu się upiekło? (suchar) Myślę, że wszyscy w tym odcinku odrobinę parzą łapki na kontaktach z Hannibalem, szczególnie doktor Chilton.
  • „Suzakana” – jest to odświeżająca przystawka z owoców morza. Jedno z dań podanych przez Hannibala w tym odcinku stanowi dobry przykład: przystawka złożona jest z solonego kalmara, wodorostów, purpurowych glonów oraz ikry łososia podanej na gotowanych kaczych jajach. Pragnę również nadmienić, iż odcinek jest również odświeżający w sensie fabularnym, ponieważ wnosi nowy wątek familijny, rodziny Vergerów.
  • „Shiizakana” – najcięższe danie w kolacji. Wydaje mi się, że również ten odcinek był jednym z najcięższych, najbardziej napakowanych horrorem, takim klasycznym, jak to stwierdził Stephen King, mającym za zadanie „zaprosić widza do świata przemocy, w którym jest jednym ze stada”. Agresja i przemoc to cechy bardzo dzikie i zwierzęce, zupełnie jak bestia, która jest głównym bohaterem tego odcinka.
  • „Naka choko” – kolejny przypadek zmiany kolejności. Tym razem naprawdę mylący. Po długich namysłach dochodzę do wniosku, że odcinek ten, niczym kwaśna zupa, pozostawia po nas pewien niesmak. Żadna z postaci nie zachowuje się jak powinna. Jest to w pewien sposób odświeżające, ale również niezwykle gorzkie, szczególnie kiedy twórcy dają nam do zrozumienia, że Will i Hannibal mogą wspólnie mordować.
  • „Ko no mono” – przystawka, którą stanowią pikle, przygotowujące na finał kolacji. Myślę, że tutaj najlepszym nawiązaniem jest scena z płonącymi zwłokami „Freddie”, które przecież bezpośrednio wiążą się z tragicznym rozwiązaniem akcji w finale.
  • „Tomewan” – jest to zupa miso sygnalizująca koniec posiłku. Oczywistym jest fakt, że przedostatni odcinek serii sam w sobie sygnalizuje koniec pewnego etapu. Niemniej jednak, pomysł na umieszczenie w historii tzw. hołodki, czyli galarety, wydaje się co najmniej ciekawy. Jest to w końcu danie którego, jak zaznaczają scenarzyści, efektu nigdy nie da się przewidzieć. Stanowi to pewnego rodzaju zapowiedź zaskoczenia, jaki czeka nas w ostatnim odcinku.
  • „Mizumono” – ostatnie danie w kolacji oraz ostatni odcinek. Jedyne nawiązanie do tego dania odnajduję w zamknięciu odcinka tą samą sceną, od której historia się zaczęła, dzięki czemu, możemy spojrzeć na „przetrawioną” historię z bardziej ogólnej perspektywy.

Kto jednak stoi za tak wspaniałą wizualną ucztą na ekranach naszych telewizorów co tydzień? Jest to nie kto inny jak stylistka żywności Janice Poon.  Jest ona artystką tworzącą między innymi komiksowe historie dla dziewcząt, współtworzącą książki kucharskie ale pracowała ona również przy marketingu żywności oraz od pewnego czasu stylizacją pożywienia przed kamerą. Sam Fuller mówi o niej, iż posiada ona niezwykłą zdolność do odzwierciedlania rzeczywistości na talerzu oraz wspaniały zmysł kinematograficzny. Janice prowadzi również specjalnego bloga (feedinghannibal) na którym publikuje przepisy z serialu oraz zdjęcia hannibalowego jedzenia podsyłanego jej przez fanów.

Podsumowując, nie taki diabeł straszny. Azjatyckie, czy nie, jedzenie to ważny element popkultury, oraz nawet tak bardzo mrocznych jej wytworów jak historia o mordercy-kanibalu. Warto więc może zaryzykować i, niczym twórcy, zaczerpnąć z różnych, nawet najbardziej egzotycznych inspriacji, by stworzyć coś ciekawego Warto podjąć to ryzyko, bo w przypadku jedzenia, zawsze się to opłaca. W końcu:

Untitled2

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s