wakacyjna literatura zbrodni

Mój urlop odznaczał się być może szczególnie krótkim okresem trwania, ale zdecydowanie należał do jak najbardziej intensywnych. Jeśli spodziewacie się jednak relacji z podróży po całym kraju – nic bardziej mylnego. Burakku oddała się swojej ulubionej rozrywce leżakowania na słońcu z książkami i mrożoną kawą, a nic do kawy nie pasuje bardziej niż odrobina papierowej zbrodni.

tumblr_ni535pdPda1qclmrho2_r2_500

Jeśli mi nie wierzycie, zapytajcie eksperta

Właściwie na sam wyjazd zaplanowałam [naiwnie] przeczytanie tylko jednego tytułu, a mianowicie „Pogromcy lwów” Camilli Lackberg. Książka ukazała się w polskim tłumaczeniu jeszcze przed wakacjami, ale udało mi się do niej dorwać dopiero w ostatnim tygodniu. Na początku chciałam ją nawet czytać na raty do poduszki, ale uznałam że Lackberg należy się jednak niepodzielna uwaga. W końcu to właśnie z jej książkami wiąże najlepsze wspomnienia z wakacji. Miło było mi  również w tym roku powrócić do książkowej Fjallbacki, w której zbrodnia nigdy nie śpi. Dzięki tej autorce nawet w środku lata można poczuć na skórze dreszczyk zimowych morderstw. Muszę przyznać, że „Pogromca” nie odstaje szczególnie poziomem od pozostałych książek serii i czytając go spędziłam odrobinę czasu na zastanawianiu się, czy napewno działa to na jej korzyść. Powieści nie brakuje niczego: od tajemniczych zniknięć, po terror w samym sercu domowego ogniska. Ostatecznie doszłam do wniosku, że jest w stylu Lackberg element, którego nie da się przeskoczyć, jeśli nie chcemy pozbawić siebie efektu kompletnego wchłonięcia przez powieść. Oczywiście, drastyczność zbrodni i dynamiczność postaci przyciągają jak magnes, ale całości dopełnia dopiero w pełni przemyślana i zaplanowana w najmniejszych szczegółach przeszłość bohaterów. To ona tworzy kanwę, na której główni bohaterowie, Erika i Patrik, układają z niezwykłą ostrożnością rozsypane puzzle śledztwa w całość.

Ponieważ przeczytanie „Pogromcy” zajęło mi niecałe półtora dnia postanowiłam zwrócić się do mojej osobistej mentorki kryminałów, czyt. cioci Burakku, o pomoc. Podsunęła mi ona antologię kryminalnych opowiadań skandynawskich autorów o tytule „Ciemna strona”. Zbiór posiada opowiadania autorów zarówno mniej jak i bardziej znanych polskim czytelnikom, takich jak m.in., Hakan Nesser, Henning Mankell czy Asa Larsson. Przyjemnie było dla odmiany przerzucić się na krótką treść i sprawdzić jak ulubieni autorzy radzą sobie w tej formie, udowadniając, że opowiadania to równie świetny materiał by stworzyć kryminalną zagadkę i pozwolić w nią wstąpić czytelnikowi, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie tak dawno temu trafiłam na artykuł na łamach jednego z popularnych zagranicznych magazynów, na temat powrotu opowiadań do łask, ale mam wrażenie, że ta forma nigdy nie wyszła z mody. Cała sztuka przecież właśnie w tym, by w tak skondensowanej formie czytelnika nie przytłoczyć, ale też nie pozostawić nienasyconym. Nie wszystkie opowiadania z „Ciemnej strony” przypadły mi do gustu tak samo, ale myślę, że wszystkim udało się osiągnąć wspomniany przeze mnie cel. Moim ulubionym jest zdecydowanie „Spotkanie po latach” autorstwa Tove Alsterdal – wydaje mi się, że najbardziej ze wszystkich balansuje na mojej ulubionej granicy tajemnicy i thrillera psychologicznego. Antologię zamyka krótki leksykon autorów zawartych w zbiorze, dzięki któremu możemy dowiedzieć się z jakich tytułów są oni znani i na jakie warto jest zwrócić uwagę, jeśli spodobały się nam ich opowiadania.

Przeczytanie antologii zajęło mi  jeszcze mniej przerw na dolanie kawy niż w przypadku „Pogromcy”, ale wciąż pozostało mi półtora dnia wolnego i kilka nieopalonych części ciała. Postanowiłam więc zmienić obszar geograficzny opisywanych morderstw i poszukać czegoś ciekawego w irlandzkiej literaturze. Szybko trafiłam na powieści niedawnej debiutantki Sinead Crowley i udało mi się zdobyć jej pierwszą książkę „Can Anybody Help Me?”. Muszę przyznać, że po wyjątkowo optymistycznych recenzjach spodziewałam się zostać bardziej wciśnięta w fotel, ale bez wątpienia sięgnę po kolejną powieść tej autorki i bardzo żałuję, że nie znalazłam „Can Anybody…” przetłumaczonej na język polski, żeby podsunąć ją znajomym i rodzinie. Nie jest powieścią wybitną, ale zdecydowanie jest przyjemnym czytadłem na letnie popołudnia. Książka koncentruje się wokół sprawy zaginięcia młodej matki. Tropem zaginięcia rusza detektyw Claire Boyle, która sama oczekuje narodzin swojego dziecka. Tłem dla powieści jest forum dla matek Netmammy, na którym użytkowniczki dzielą się codziennymi troskami i poradami, jak odnaleźć się w nowych rolach. Wierzę, że w social media drzemie ogromny potencjał jeśli chodzi o powieści kryminalne, dlatego ciesze się, że autorka postanowiła z nich zaczerpnąć inspiracji. Wydaje mi się jednak, że mogła go wykorzystać dużo bardziej soczyście. Oczywiście, łatwo jest naruszyć czyjąś prywatność, jeśli użytkownicy nie są na tyle ostrożni, by ją samodzielnie chronić. Nie jest jednak łatwo opisać to w sposób, który sprawi, że przez tydzień nie zapostujecie żadnego zdjęcia na swoim Facebooku, a to jest efekt, który mogła osiągnąć ta książka. Zrzucam to jednak na barki debiutu i chętnie przekonam się, czy druga powieść Crowley jest bardziej dynamiczna.

Po urlopie zostało mi jeszcze kilka książek do dokończenia, ale postaram się o krótkie recenzje kiedy już je dokończę.

Bez jakiego gatunku wy nie wyobrażacie sobie swojego letniego wypoczynku?

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s