taggy time – tag muzyczny

Ostatnio było na poważnie*, więc dzisiaj będzie bardziej na luzie. Zostałam zatagowana przez jedyną w swoim rodzaju Otai w poniższym, pięknym meme muzycznym.

1.Trzeba otagować 5 innych blogów do zrobienia tego taga.

Taguję wszystkich którzy chcą i mojego osobistego Willa, nawet jeśli nie chce

2. Do każdej litery pierwszej części twojego bloga bez spacji/myślników itp. dopasowujesz piosenkę. Czyli jeśli twój blog nazywa się ABC, to dopasowujesz jedną piosenkę na A, drugą na B, trzecią na C.

3. Nie można użyć dwa razy piosenki tego samego wykonawcy lub tego samego autora.
4. Trzeba się dobrze bawić (hell yeah)
Brad_Dance

No to do roboty

B – Bohemian Rhapsody – QUEEN – ta piosenka to prawdziwy kawałek mojej własnej historii i na prawdę nie wiem jak przeżyłabym bez niego swój drugi rok studiów. Poza tym, Queen jest jednym z tych zespołów, które pamiętam z usłyszanych jako pierwsze. Plus, czy w ogóle istnieje ktoś kto nie uwielbia tego kawałka? Myślę, że jego ponadczasowość wynika właśnie z faktu, że nie ważne, czy, tak jak w moim przypadku, kojarzy się wam z ulubioną jdramą, czy zwyczajnie łapiecie się na tym, że nucicie go pod nosem, dajmy na to, zmywając naczynia. Bohemian Rhapsody jak żadna inna piosenka dodaje prawdziwego rozpędu.
U – Under the Sun – Cheryl – przy okazji, odkryłam jak niewiele piosenek na mojej playliście zaczyna się na literę „u”. Właściwie to nie wiem gdzie dokładnie usłyszałam ten kawałek, ale pamiętam, że oglądałam na jednej ze stacji muzycznej cały Making Of teledysku i piosenkarka wydała mi się całkiem sympatyczna, taka odrobinę w stylu lat 90″, a to moje klimaty. Sama melodia jest całkiem pozytywna i przyjemna, idealny na podkład dla relaksującego, letniego spaceru.
 R – Roar – Katy Perry – wychodzi na to, że mam bardzo popowy gust, ale, mówcie co chcecie, Katy Perry jest absolutnie wspaniała. Ma kilka kawałków, które nie mogą mi przejść przez uszy, ale myślę, że reszta albumów wyrównuje poziom. „Roar” jest idealne, jeśli potrzebujecie usłyszeć coś, co doda wam odwagi, albo kopnie w tyłek. Już sam tekst i muzyka nakręcają do działania, a energetyczny głos Katy działa jak porządna dawka kofeiny.
Aż trochę żałuję, że nie wybrałam się na jej koncert w Krakowie.
A – Anastasia – Slash – ubóstwiam płytę Apocalyptic Love z wielu powodów. Jest pięknie zgrana, głos Mylesa jest perfekcyjny i słyszałam z niej kawałki na żywo. Przede wszystkim, zawsze podobało mi się w stylu Slasha, że jego gitara opowiadała własne historie, a w przypadku tego albumu, w zestawieniu z tekstami piosenek, zostało to dopięte na ostatni guzik. Lubię tą piosenkę za jej żywiołową, dramatyczną melodię, ale najpiękniejszy jest w niej moment, kiedy w pewnym momencie można się poczuć zahipnotyzowanym i zapomnieć o wszystkim i wszystkich dookoła (sprawdziłam, da się nawet będąc wciśniętym w tłum fanów pod sceną).

Wujek Slash duma nad fanami

K – Kiss From A Rose – Seal – jest na prawdę nie wiele kawałków, które uwielbiam tak bardzo jak ten. Wszystko mi się w nim podoba: melodia, kojący głos Seala, nawet teledysk jest nienajgorszy, o ile oglądacie oryginalną wersję, a nie tą dograną do „Batmana”, chociaż też ma swoje śmieszne momenty. Raz nawet udało mi się zaśpiewać ten kawałek na jednym z konwentowych karaoke i ludzie w kolejcie przyłączyli się do chórków (tru story!). Osobiście nie znam bardziej romantycznego kawałka, i myślę, że Seal zabezpieczył sobie to miejsce na mojej playliście na długie lata.

K – Kinara – Shankar Tucker ft Mughda Hasabnis – miałam okres w swojej karierze szalonej nastolatki, kiedy uwielbiałam bollywoody i nie wyobrażałam sobie bez nich życia. Dlatego tym milej było mi odkryć po latach kanał Shankara Tuckera na youtubie. Artysta świetnie łączy ze sobą indyjskie klimaty, rytmiczną muzykę i delikatne, chill-outowe klimaty, zapraszając do współpracy wykonawców z całych Indii. „Kinara” to moja ulubienica i nr jeden wśród piosenek do zanurzenia się w wannie. Pierwszy raz udało mi się znaleźć melodię, która działa na stres jak Ibuprom na ból głowy i jeśli wam udało się znaleźć takie utwory w swoich zbiorach, to polecam się ich trzymać.
U – Ukiyo Odoribito – Kanjani 8 – mówiłam, że mam bardzo popowy gust? Chłopaki z Osaki, aż się za nimi stęskniłam słuchając tego kawałka! Z dumą przyznaję, podśpiewując nad klawiaturą, że nawet nieźle go pamiętam. Album 8UPPERS był jednym z najlepszych, jakie słyszałam od Kanjani i rzadko spotyka się tak świetną ekipę jak ich fani. Osobiście, wciąż mam nadzieję, że kiedyś odwiedzę Osakę – doceniam dobry marketing, a czy jest lepsza reklama niż ośmiu wspaniałych i drinki z majonezem? Nie sądzę.

Są dżonysy, jest impreza

L – Loreley – Blackmore’s Night – usłyszałam o B’sN kiedy mój brat podsunął mi ich kasetę (old school)  „Shadow of The Moon” kiedy byłam jeszcze w podstawówce. Nie muszę chyba dodawać, że prawie od razu nauczyłam się jej na pamięć? Od tamtego czasu co pół roku lub więcej zwyczajnie ciągnie mnie w stronę Blackmore’s i jeszcze mam to głupie szczęście, że zazwyczaj udaje mi się trafić na moment, w którym wydają coś nowego. Nie inaczej było z „Ghost of A Rose”, albumem z 2003, z którego pochodzi „Loreley”. Jest on z resztą moją ulubioną płytą ze wszystkich wydanych przez zespół do tej pory. Jest bardzo kompletny, w stylu pierwszej płyty. Każda z piosenek poświęcona jest innej historii, ale wszystkie bardzo działają na wyobraźnie i wydają się składać w jedną całość, jeśli przesłucha się ich po kolei. Cała płyta jest niezwykle dynamiczna i chociaż „Loreley” nie jest moim ulubionym kawałkiem z tego zbioru,** to do dzisiaj nie potrafię jej przewinąć, jeśli akurat pojawi się na moim odtwarzaczu.

A – Animal – Jo Kwon – apropos kawałków, których nie da się przeskoczyć, zupełnie nie rozumiem, dlaczego Animal nigdy nie usłyszałam na żadnym kpop party. Nie ma skomplikowanego rytmu, jest wręcz bardzo imprezowy i świetnie się przy nim tańczy (checked). Na dodatek, jak tu nie kochać Jo Kwona i jego pióropusza z Live Stage’a? „I am Da One” był albumem solowym, o którym nie wiedziałam, że go potrzebowałam, aż nie usłyszałam go pewnego upalnego wieczoru, przygotowując się do jednego z ważniejszych w mojej akademickiej karierze, egzaminów i, kto wie, czy bez niego w ogóle udałoby mi się dotrwać do jego końca?
L – Light My Candle – Rent Musical OST – mam wrażenie, zasnutę mgłą ilości musicali które obejrzałam***, że Rent był jednym z pierwszych musicali jakie widziałam w ogóle. Wiem, że to taki klasyk, że bym od niego nie uciekła, ale mam do niego jednak odrobinę sentymentu. To zwyczajnie piękna historia, zabawna i wyciskająca łzy jednocześnie, a jeśli jest coś, czego warto oczekiwać od dobrego show, to właśnie silnych emocji. „Light My Candle” nie jest wcale moją ulubioną piosenką, chociaż jest świetnie napisana a aktorzy odtwarzający role w wersji filmowej zgrywają się ze sobą w prawie nierealny sposób. Słuchając teraz tego utworu, myślę po prostu, że Rent było dobrym początkiem do mojej przygody z musicalami.
A – Abracadabra – Brown Eyed Girls – ubóstwiam tą piosenkę i do dzisiaj uważam, że to najlepszy kawałek BEG jaki słyszałam kiedykolwiek. Dlatego z każdym newsem o nowej ich płycie mam nadzieję, że wydadzą coś lepszego, bo to fajne babki, i mogą. Abracadabra jest przecież na tyle kultowa, że doczekała się świetnych parodii, a do charakterystycznego bujania bioderkami nawiązał nawet PSY w teledysku do Gentleman. Abracadabra jest perfekcyjna pod każdym wzgledem, jest uwodzicielsko prosta, przepełniona hipnotyzującymi wokalami, a od piosenkarek zwyczajnie nie da się oderwać oczu. Nie wiem, czy istnieje piosenka, która bardziej przyciągnęła mnie do kpopu niż właśnie ta.

Mam nadzieję, że na kpop party wszyscy nadal to tańczą

L – Like  A Prayer – Madonna – uprzedzałam, że lubię pop. Ten klasyczny przede wszystkim, a  w końcu Madonna do klasyków się zalicza. Kim byłyby dzisiejsze divy estrady bez niej, a w szczególności bez jej ciemnej szminki, burzy loków, błękitnych oczu i małej czarnej, w której unosi się aż po niebiosa i wyżej? Mówcie co chcecie, ale nic tak nie działa na wyobraźnie jak wzgórze płonących krzyży i chór gopel. Poza tym, może mam słabość do teledysków, które miały fabułę?
A – Africa – TOTO – skoro już jesteśmy przy klasykach popu, TOTO są najlepsi. Africa to zaskakująco dobra piosenka, jeśli się w nią wsłuchać. Ma ciekawy, wolno rozwijający się rytm, sensowny tekst i jest na tyle zwrata, że łatwo się w nią wciągnąć. Osobiście nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek po jej przesłuchaniu miał ochotę spakować walizki i wyjechać na sawannę, ale jest w tej piosence coś dodającego siły do działania. Africa ma też ogromny potencjał na covery a’capella i polecam znaleźć na youtubie w szczególności ten, w którym chór otwiera piosenkę wydając dźwięki burzy, bo jest najlepszy.
N – New Day Rising – Rin’ – zawsze polecam Rin’ tym, którzy chcieliby usłyszeć połączenie tradycyjnych japońskich instrumentów z nowoczesną melodią. Rin’ uzupełniają tą mieszankę doborowym zestawem damskich głosów i aranżacji, które zwyczajnie przyjemnie się ogląda w formie teledysków i nagrań z występów. Po takim poleceniu zawsze muszę spędzić odrobinę w cierpieniu, bo Rin’ już ze sobą nie współpracują, co oznacza, że kilka zupełnie idealnych płyt i masa przyjemnych wspomnień, to wszystko, z czym nas ta piękna trójka zostawiła.
D – Dear Woman – SMAP – jak skończyć to tylko ze SMAP. Poważnie (czyli, jakby nigdy?).
* właśnie zaczęłam drugi sezon Broadchurch, więc już mam swoją dawkę dramatu i szkockiego akcentu
**możecie zgadywać, który jest
*** która nie powala na kolana, ale zawsze.
Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s