Broadchurch

Muszę przyznać, że jeśli chodzi o zbrodnię, to nikt nie popycha do niej lepiej niż własna matka. Właśnie tak się szczęśliwie złożyło, że kolejny świetny serial kryminalny polecił mi nie kto inny jak mama. Oczywiście, słyszałam o Broadchurch wcześniej, tyle co, że jest genialny ale odrobinę dobijający, i najchętniej wyśmiałabym tego, od kogo to usłyszałam po raz pierwszy, ale ciężko się śmiać, kiedy po obejrzeniu jednego sezonu, nie wiadomo, czy jesteśmy bardziej rozczarowani bohaterami, czy samymi sobą, albo właściwie całą ludzkością po trochu. Za to Dorset jest piękne.

i nawet nie było zbyt słoneczne

Spoilery poniżej.

Broadchurch udowadnia, że nadal można zrobić świetny serial o niewielkiej społeczności, w której każdy ma swoją mniej lub bardziej paskudną tajemnicę. Nie ma tu wątków, których już byśmy nie przerabiali, takich jak odrobiny bestwialstwa, szczypty znieczulicy i trudnych rodzinnych historii. Kiedy pod koniec pierwszego sezonu dowiadujemy się, kto zabił Donny’ego, nie czujemy się nawet (bardzo) zaskoczeni. Problem w tym, że w tej serii nie chodzi o to, żeby dowiedzieć się kto zabił, chociaż stanowi to ciekawą zagadkę. Cała przyjemność tkwi w obserwowaniu jak walą się kolejne domki z kart i jak z tej rozsypanki bohaterowie starają się poskładać logiczną całość.

Pierwszą w kolejce do zburzenia jest sielankowa atmosfera nadmorskiej miejscowości. W niecałą godzinę pierwszego odcinka sympatyczne miasteczko, w którym wszyscy się do siebie uśmiechają i pozdrawiają na ulicy, staje się niemym świadkiem nie tylko brutalnej śmierci małego chłopca. Za kurtyną nocy, kryją się bowiem intryngi, zdrada i kłamstwa. Nie dziwie się, że przy takim stężeniu dramatu w powietrzu, miejscowy ksiądz miewa problemy ze snem. Wydaje się, że wszyscy mieszkańcy Broadchurch funkcjonują w swojej społeczności jakby lekko zaspani, i to bynajmniej nie z powodu wspaniałych, kojących widoków wybrzeża. Sieć wzajemnych zależności stanowi dla mieszkańców swego rodzaju tarczę, za którą starają się schować we wspólnej żałobie i chociaż DS Miller uważa znajomość tych połączeń za swój atut, to i jej ostatecznie nie omija nieprzyjazny wiatr. Bum. Kolejny domek upadł.

Na tle całej tej społeczności para głównych bohaterów stanowi ciekawy przypadek. DI Hardy nie dość, że w odróżnieniu od Ellie, nie pochodzi nawet z okolicy, cechuje się wyjąkowo antysocjalnym nastawieniem i, chociaż wspaniałym, to jednak obcym akcentem. Hardy potrafi jednak czerpać ze swojej samotności i mam wrażenie, że od czasu do czasu, wolałby być nawet bardziej samotnym. Niestety, uniemożliwiają mu to nie tyle wspomnienia, depcząca po palcach dziennikarka, czy też rozwijająca się choroba, ale nieumiejętność pozostania obojętnym na ludzką krzywdę. Jak żadnej innej postaci, pustka najlepiej służy właśnie jemu, pomagając się skoncentrować i spojrzeć na sprawę z dystansu. Samotność, jak na ironię, okazuje się trucizną, ale i lekarstwem dla Broadchurch i jego mieszkańców. Parafrazując jednego z bohaterów, czasami po prostu dostajemy nie to czego chcemy, ale to czego potrzebujemy.

Właśnie tym, co cenię w tym scenariuszu najbardziej, jest zestawienie ze sobą, jak w lustrzanym odbiciu, historii dwóch rodzin: dotkniętych zbrodnią Latmierów i nierealnie szczęśliwych Millerów. Mówi się, że nie ma jednego słowa, by nazwać rodziców, którzy stracili dziecko, ale czy równie łatwo jest sklasyfikować rodzinę mordercy? W niemal geometrycznym tempie na oczach widzów rozpadają się dwa piękne światy, pozostawiając grupę ludzi zupełnie zdezorientowaną i bezsilną. Latimerowie udowodnili jednak, że wiele zależy od naszej własnej postawy i chociaż Beth bardzo chciałaby, żeby ktoś podsunął jej i bliskim gotową instrukcję na życie, to są sytuacje, w których zwyczajnie trzeba wziąść się w garść i podać sobie ręce, nawet jeśli nie chcemy ich właściciela widzieć na oczy. Rozwój Latimerów miał ogromny wpływ na całą społeczność Broadchurch, dlatego mam wrażenie, że w Ellie leży równie wielki potencjał i  będzie go przyjemnie obserwować w kolejnym sezonie.

Podsumowując, jestem pod wrażeniem, że z tak prostej historii da się wyciągnąć tak wiele. Nie spodziewałam się tego po serialu tak napakowanym kryminalnymi cliche. Myślę, że sukces tej serii leży w połączeniu brytyjskiej sielanki, pewnego rodzaju klasycznego wątku oddalonej od zgiełku i sensacji miejscowości z powolnym, wysmakowanym odkrywaniem kolejnych rąbków tajemnicy i uwalnianiem z bohaterów tego co najgorsze. Agata Christie napisała kiedyś, że kwintesencją kryminału jest dać czytelnikom (czy też, w tym przypadku, widzom) takiego mordercy, który przecież nie mógł zabić, ale jednak to zrobił. Uważam, że twórcom Broadchurch udało się to idealnie. W końcu, jak mogliśmy tego nie widzieć?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s