ulubione soundtracki z gier

Uznałam, że warto skorzystać z okazji, skoro już udało mi się rozkręcić w temacie gier.  Zastanawiając się, co chciałabym o nich właściwie napisać, postanowiłam wspomóc się swoją kolekcją soundtracków do gier. Tym sposobem, wybrałam ze swojego zbioru kilka ulubieńców, po drodze odnajdując również kilka prawdziwych skarbów.

382287

Na sam widok Neo-Paryża słyszę w głowie znajome melodie

Remember Me

Jest to jeden z tych soundtracków, dla których żałuję, że nie byłam jednak w stanie przejść tej gry do końca. Bardzo mi się ona podobała, uwielbiałam przebywać w Paryżu przyszłości. Jednak, system walki i osobliwość kombinacji ciosów i kopniaków mnie pokonała. Najwyraźniej nie jestem tak cierpliwa, jak mi się to z początku wydawało. A szkoda.

Soundtrack „Remember Me”, gry francuskiego studia Dontnod Entertainment, stanowi unikalne połączenie muzyki klasycznej i elektronicznej. Został on skomponowany przez Oliviera Deriviere – tego samego, który pracował nad muzyką do „Alone in the Dark”, oraz, później, do czwartej części „Assassin’s Creed”. Kompozytor wyznał w wywiadzie, że przy prezentacji gry czuł się oszołomiony ilością detali fantastycznego świata gry. Postanowił więc wyrazić swoje wrażenia muzyką. Olivier na początku podjął się skomponowania jedynie ścieżki dźwiękowej z udziałem orkiestry, którą następnie poddał obróbce elektronicznej, tak, by jak najlepiej oddawała jego odczucia dezorientacji i ekscytacji z pierwszego spotkania z tym tytułem.

Nie da się ukryć, Capcom doskonale wiedział jak zawrócić graczom w głowie, wydając ten tytuł w 2013 roku również na platformę PC. Nie jestem pewna, czy był to najlepszy krok, ponieważ „Remember Me” wydaje się, jakby zostało stworzone na konsole, ale zakładam, że moje odczucia byłyby bardziej pozytywne, gdybym umiała lepiej posługiwać się padem/w ogóle takowy posiadała. Może wtedy nawet te irytujące sekwencje walki byłyby bardziej znośne?

Wierzę, że z uwagi na, nie tyle wspaniałe utwory soundtracka, ale i samą historię kiedyś odważę się wrócić do tego tytułu. Zastanawiam się, czy bardziej przypadła mi do gustu wizja interaktywnej przyszłości według Francuzów, czy sam pomysł, że można manipulować wspomnieniami innych osób? Cóż, pozostaje mi już chyba tylko nerwowe odkreślanie na kalendarzu, byle do roku 2084.

Deadfall Adventures

W ten tytuł grało mi się z kolei tak beznadziejnie, że swego czasu rozważałam o niej napisać całą osobną notkę. Nie miałam jednak siły przejść dalej niż kilka poziomów i skapitulowałam, ale mam wrażenie, że jej twórcy w pewnym momencie zrobili to samo, więc jest nadzieja, że nic nie straciłam.

Za to soundtrack wyszedł im boski.

Gra stworzona została przez polskie studio The Farm 51 w roku 2013. Opowiada historię poszukiwacza skarbów, Jamesa Lee Quatermaina, który wyrusza do Egiptu w poszukiwaniu „Serca Atlantydy” – nie zdradzę wam, czy chodzi o artefakt, czy o faktyczną Atlantydę. Najważniejszy jest fakt, iż po drodze spotka wszystko, czego wasza głodna przygód dusza zapragnie: od zombie po nazistów. Właściwie, to tyle zabawy. Uwielbiam historie o Indianie Jonesie, ale „Deadfall Adventures” nie wykorzystuje ich potencjału nawet w połowie. Niektóre zagadki są wprawdzie całkiem wymagające, ale sama fabuła nie powala na kolana, a i postaci, na czele z głównym bohaterem i jego towarzyszką, są zwyczajnie nudne.

Większość niedogodności nadrabia jednak soundtrack autorstwa Piotra Musiała, Pawła Cincio, Jakuba Gawlina i Arkadiusza Reikowskiego.  Słychać w nim inspiracje filmami o Indianie, ale jednocześnie wszystkie utwory tworzą prawdziwie niepowtarzalny klimat. Są zwyczajnie takie, jakie chcielibyśmy usłyszeć w głowie, gdyby kiedyś przyszło nam zgłębiać tajemnice zaginionych artefaktów i skarbów ukrytych w egipskich ciemnościach.  Nie bez powodu soundtrack ten otrzymał nagrodę najlepszej polskiej ścieżki dźwiękowej do gier w 2013 roku. Gdybym mogła, przyznałabym im jeszcze drugą, albo w ogóle obsypała nagrodami, z góry na dół.

American McGee’s Alice

Soundtrack do tej gry to prawdziwa perełka w moich zbiorach. Dzięki niemu zdałam niejeden ciężki egzamin oraz w końcu odważyłam się powrócić do serii gier o Alicji.

alice-liddell-arts-american-mcgees-alice-34672373-1920-1080

Kiedy ten tytuł ukazał się w sklepach jesienią 2000 roku byłam pewna, że nigdy po niego nie sięgnę. Byłam bardzo niewymagającą dziesięciolatką i nie kręciły mnie mroczne tekstury i bieganie z nożem w zakrwawionej sukience. Dosyć późno odkryłam, że ta gra to całkiem dobra przygodówka, a wszystko dzięki trailerowi do drugiej części jej przygód, czyli „Alice: Madness Returns”. Natrafiłam na niego zupełnie przypadkiem, co skłoniło mnie do sięgnięcia po gameplaye obu części, a w efekcie i po same gry.*

Muszę jednak przyznać, że to soundtrack do pierwszej części wywarł na mnie większe wrażenie. Owszem, „Alice: Madness” ma swoje dobre momenty, takie jak odgłosy deptania mięsa, towarzyszące przechodzeniu jednej planszy [never forget]. Ścieżka dźwiękowa do drugiej części przygód Alicji składa się jednak przede wszystkim z serii krótkich, pojawiających się w zapętleniu, nieciekawych utworów. Kilka z nich, takich jak „Wasteland” Chrissa Wreny (autor pierwszego soundtracku), czy też „Madness” Marshalla Crutchera są całkiem ciekawe i pomysłowe. Stanowią one jednak pojedyncze przypadki. Z kolei, utwory w „American McGee’s Alice” opowiadają własne historie.

Zawsze wydawało mi się ciekawe, że jeśli odtworzy się w całości sam soundtrack „McGee’s Alice”, to nawet be znajomości fabuły gry można domyśleć się, co się dzieje w tej historii. Wszystkie utwory są starannie przemyślane i ułożone w określonym porządku. Często zdarza się, iż kończą się i rozpoczynają narracją bohaterów, na przykład zagadkami kota Cheshire, by powiązać ze sobą przejścia do kolejnych poziomów, a przy tym i samych melodii. Na dodatek, są one na tyle proste, że na długo wpadają w pamięć. W ten sposób nigdy nie wiadomo, kiedy przy zmywaniu naczyń zaczniecie nucić pod nosem „Pandemonium”, czy „Village of the Doomed”.

Nawet jeśli nie jesteście fanami mrocznych przygód Alicji w krainie Szaleństwa, to polecam sięgnąć po ten soundtrack z czystej ciekawości lub z uwagi na fakt, że przy jego tworzeniu pracował sam Marilyn Manson. Ponadto, utwory stworzono w większości przy użyciu zabawek dla dzieci, pozytywek i zegarów. Wszystko to, przeplecione zostało pięknymi żeńskimi głosami śpiewów, płaczów, krzyków i histerycznego śmiechu. Czy istnieje bardziej idealny podkład do sesyjnego zakuwania? Nie sądzę.

Ar Tonelico II

Bez dwóch zdań jest to najdziwniejszy soundtrack jakiego się trzymam. O ile w poprzednie tytuły przynajmniej próbowałam zagrać, o tyle ATII nawet się nie potknęłam. Prawdopodobnie złożyło się na to kilka czynników: nie przepadam za japońskimi rpg, nigdy nie byłam szczególnie zorientowana w tym gatunku i, co najważniejsze, nie posiadam PS2. Właśnie na tą konsolę w roku 2007 studio Gust we współpracy z Banpresto wydało drugą część przygód w świecie Ar Ciel.

Właściwie, im więcej czytałam na temat tej serii dla potrzeb dzisiejszej notki, tym bardziej skłonna jestem przyznać, że może nawet trochę tracę na tym, że nie jarają mnie takie tytuły. Świat serii Ar Tonelico jest jednak całkiem skomplikowany. Samo założenie, że świat gry powstał z tonów pieśni wyśpiewywanych przez istoty wyższe jest  już dosyć intrygujące. Uniwersum Ar Tonelico jest zresztą obudowane skomplikowaną mitologią pełną bóstw i herosów, od boga katastrof po bóstwo cywylizacji, każde opiekujące się określonymi falami dźwiękowymi. Dźwięki są więc dla mieszkańców gry źródłem życia oraz nadprzyrodzonych mocy, nazywanych w grze Magią Pieśni. Bohaterowie używają zwykłej, codziennej Magii oraz szczególnych Hymnów, możliwych do odtworzenia tylko specjalnie dostosowanym do tego osobnikom, nazywanym Reyvateil. Świat wież, tytułowych Ar Tonelico, w którym spotykamy głównych bohaterów, zapomniał już o technologii kontrolowania tych struktur za pomocą Hymnów bez pomocy Reyvateil – co w sumie powinno zostawiać graczom wiele pola do popisu.

Przyznam szczerze, zupełnie nie pamiętam w jaki sposób ten soundtrack trafił w moje ręce i właściwie do czego był mi kiedykolwiek potrzebny. Problem w tym, że ilekroć zdecyduję się go odtworzyć, tyle razy kompozytorzy studia Gust (Akira Tsuchiya, Ken Nakagawa, Daisuke Achiwa, Takashige Inagaki, Haruka Shimotsuki i Akiko Shitaka) przykuwają mnie świetnymi utworami do fotela. Nie spotkałam jeszcze drugiego tak uzależniającego soundtracku, jak ten. Utwory takie jak „The Second Tower”, „Festival of the farewell lands” czy „Katareme Omoi” zwyczajnie pozwalają na chwilę zapomnieć o upływie czasu, zamknąć oczy i oddać się słodkiemu myśleniu o własnych fantastycznych przygodach.

* Prawdopodobnie, jest to jeden z bardzo niewielu przypadków, kiedy gra wywarła na mnie tak dobre wrażenie, że mimo obejrzenia jej całości w videach z Let’s Play, wciąż miałam ochotę w nią zagrać

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s