Top 5 zawiedzionych oczekiwań 2014

Poprzednią notkę poświęciłam wspominaniu wszystkich moich popkulturowo przyjemnych przeżyć zeszłego roku, ale z każdym kliknięciem w klawisze klawiatury czułam coraz większą potrzebę, zwykłego, polskiego wyżalenia się na to, co mnie boli. Nie ukrywajmy, nigdy nie zdarza się rok idealny i praktycznie w każdym dostajemy po twarzy straconymi nadziejami i śmieciowymi obietnicami reżyserów. Osobiście znajduję w oglądaniu złych filmów i seriali nawet ciekawą rozrywkę, ale co jakiś czas czuję się tak zawiedziona, że jeszcze długo będę miała co wspominać, na przykład w kontekście minionego roku.

Notka będzie zawierać również tytuły starsze niż 2014, czyli zwyczajnie te, do których miałam większe lub mniejsze nieszczęście akurat w ubiegłym roku. Zaskakująco wszystkie zaczynają się na literę D. Przypadek?

tumblr_n9qpvnfjYY1sq3xw2o3_500 (1)

Archanioł Michaś duma nad przypadkiem. Mam tak samo.

1. „Dominion” (2014)

Nawet nie wiem od czego zacząć. Być może od faktu, iż nie wytrzymałam nawet jednego całego odcinka. Poległam popisowo, ale na swoją obronę mam, że nie było w tym odcinku nawet brzytwy, za którą mogłabym się chwycić.

Jest wiele filmów na świecie, które mogłyby doczekać się świetnej kontynuacji w formie pełnego serialu, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pomyślała tak o „Legionie”. Jak na stosunkowo nieskomplikowany film o apokalipsie i Archaniele Michale, który postanawia bronić ostatniego bastionu ludzkości przed aniołami, całość była pełna dziur i niepotrzebnych dramatów, a niedopowiedzenia piętrzyły się jak niedopasowane klocki Tetris.* Ostatecznie nazbierało się ich tak wiele, że nie wpadłabym na to, żeby ktoś odnalazł w „Legionie” nawet cień nadziei na ekranizację drugiej części. Tymczasem stworzono całą serię.

Jeśli oglądaliście „Legion”, to na pewno pamiętacie dlaczego Michasiowi tak bardzo zależało na obronie tego jednego baru na środku amerykańskiego odludzia. Jedyna nadzieja ludzkości, niewinne dziecko imieniem Alex, w „Dominion” ma już 25 lat i zwyczajnie przerąbane, jak to bywa w przypadku porządnego Gary Stu. To, że jest TYM Zbawcą dowiadujemy się już w pierwszych minutach pierwszego odcinka i jest nam to powtarzane co najmniej co dziesięć minut w różnych sytuacjach. Poza faktem, że Alex jest utalentowany i zajebisty, jest też bardzo buntowniczy – dzięki czemu, swoją drogą, oddaje sobą ducha miasta, którego jest centralnym elementem kultu. Rzecz dzieje się w osadzie Vega, czyli zwyczajnie w post-apokaliptycznym Las Vegas, tylko, że ze swoimi pustynnymi slumsami.

Co ciekawe, jak na najbardziej rozświetlone neonami miasto prawie nikt nie używa w nim energii elektrycznej w pomieszczeniach. Być może samo wynajęcie pomieszczeń w Vegas pod kręcenie serii jest dosyć drogie i producenci postanowili zaoszczędzić inwestując w klimatyczne świece. Jednocześnie, gdzieś na horyzoncie majaczy wątek super-technologii, której to źródłem są jakieś toksyczne odpady, które władze miasta postanawiają przehandlować z różowymi zakonnicami za 500 dziewic.**

Archanioł Michał to jednak wiedział gdzie się osiedlić! W ciągu dnia może spokojnie knuć przeciwko Archaniołowi Gabrielowi,  który to postanowił obrócić wszystkie najniższej rangi anioły przeciwko ludziom. Nocą Michał udaje się zaś dumać do swojego haremu – nie do końca zrozumiałam czy robi to, żeby się zabawić, czy żeby się dobijać, co się stanie jeśli któraś oblubienica zajdzie w ciąże. Tak czy inaczej, ma pełne ręce roboty [i płaszcz pełen krochmalu], ale praktycznie zero autorytetu i możliwości decyzyjnych, a przynajmniej tyle było mi dane się przekonać w tym jednym odcinku.

Rozumiem, Tom Wisdom jest ładny, w szczególności ze swoimi intrygującymi proporcjami tu i ówdzie, ale jedna twarz nie uratuje tonącego statku pełnego nudnych dialogów i pustych postaci bez motywacji. Chciałabym powiedzieć, że mogło być tak dobrze, ale pamiętam „Legion” zbyt dobrze. Jedyna dobra rzecz, jaką wyniosłam z tej serii jest suchar, o tym, że fajnie byłoby kiedyś awansować na archanioła, żeby móc w pełni rozwinąć skrzydła.

Rating ostateczny: archanioły i ich archapłaszcze / 10.

2. „Defiance” (2013/14)

Czasami boję się, że nie doczekam się serii sci-fi, w której ludzkość będzie tą fajną rasą, która chce dobrze i może wiele. Nie w tym przypadku. Naszych bohaterów, Nolana i jego [akurat nie rasy ludzkiej] podopieczną Irinę, spotykamy w momencie, kiedy przemierzają zniszczone Saint Louis, około roku 2046. Od pierwszej sceny można odnieść wrażenie, że ich tajemnicza, na pierwszy rzut oka, skomplikowana relacja będzie budować solidne, niewypowiedziane napięcie w pogrążonej w konfliktach społeczności miasteczka Defiance. Niestety, to tak, jakby próbować dodać do siebie dwa zera i upiec z tego ciasto.

Serial zwyczajnie mnie nudził.  Straciłam zainteresowanie problemem głównych bohaterów równie szybko, kiedy okazało się, że zwyczajnie nie jest on najważniejszy w tym serialu. Niestety, pozostałe wątki okazały się równie wciągające inaczej. Wprawdzie pilotowy odcinek otwiera się klasycznym motywem znanym z „Romeo i Julii”, ale dokładnie kiedy widzowie liczą na to, że wątek ten zostanie wykorzystany ciekawie i oryginalnie, scenariusz serwuje nam znane rozwiązania. Można by również sądzić iż różnice na tle rasowym między ludźmi a Votanami będą prowadzić do co najmniej nieprzyjemnej atmosfery. Największy konflikt w miasteczku nie ma jednak prawie nic wspólnego z pochodzeniem postaci, ale raczej z ich ambicjami i wpływami – co właściwie pozytywnie świadczy o wierze scenarzystów w tolerowanie różnic rasowych, ale nie wydaje mi się najbardziej przekonującym sposobem budowania napięcia w takiej grupie postaci.

tumblr_mlfhjvi0ml1qbxoeqo2_250

Doctor Yewll to w sumie jedyna interesująca bohaterka, ale to być może dlatego, że musi pochodzić z planety Sass

„Defiance” właściwie powinno dostać się podwójnie, ponieważ twórcom nie brakowało pomysłów jak rozkręcić franczyzę i w ten sposób, równocześnie z ukazaniem się serii, wystartowało MMO pod tym samym tytułem, osadzone w stworzonym uniwersum. Niestety, tytuł jest ich jedynym elementem wspólnym. Akcje gry i serialu osadzone są w zupełnie różnych terenach, a postaci znane z telewizji przewijają się jedynie w kilku misjach. Dodajmy do tego marnie zaprojektowane AI przeciwników i przerażającą większość questów, które zwyczajnie nie są interesujące, i prostą matematyką otrzymujemy zupełnie odwrotny efekt niż zamierzony, czyli, tak zwaną, kichę.

Rating ostateczny: marnie x 2 /10

3. „Doctor Who” (nowy sezon, 2014)

Lubię tą serię, naprawdę. Polubiłam ją nawet przy nie zbierającym zbyt pochlebnych opinii (w tym mojej własnej) Mattcie Smithie. Do dziś uważam, że pierwszy sezon „Doctora” z tym właśnie aktorem jest tym „moim” doktorem. Podoba mi się, że DW jest do przesady brytyjski, pokręcony i plastikowy, ale nie mogę im w nowym sezonie wybaczyć jednego. To zwyczajnie nie ta sama postać.

Nie miałam wielkich oczekiwań po tym, jak ogłoszono, że nowe wcielenie doktora obejmie Peter Capaldi. Właściwie byłam nawet bardzo ciekawa jak uda się twórcom odwrócić kartkę romantycznego, lekko dziecinnego Doctora w wykonaniu Smitha. Z początku byłam wręcz zachwycona tym wiecznie narzekającym, wszystkowiedzącym, sprytnym nowym Doctorem [i jego szkockim akcentem] – do tego stopnia, że kompletnie zignorowałam Clarę.

Różne rzeczy można mówić o niektórych towarzyszkach: że są niesamodzielne, zbyt zapatrzone w Doctora, na siłę wiązane z fabułą itp. Sama Clara nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia w nowym sezonie, kiedy na siłę broniła się, że przecież nic do Doctora nie czuje i w ogóle nie rusza jej, że zamienił się w starego Szkota. Mam wrażenie, że było to jednak bardzo wymuszone zagranie ze strony twórców, ale to nie ono złamało moje serce najbardziej.

Pewnego dnia przeczytałam zwyczajnie wpis, w którym jedna z fanek opowiada, jak to jej mała kuzynka/siostrzenica (?) zadecydowała, że nie będzie już oglądać DW, bo słyszała jak Doctor powiedział o Clarze, że jest gruba. Przyzwijmy więc materiał dowodowy A, czyli Jennę Coleman:

tumblr_nicje0OhYQ1ts07yyo1_500

Bo ja wiem?

Wierzcie mi, nie jest ważne czy była to kwestia wypowiedziana pół żartem czy zupełnie serio. Wydaje mi się, że twórcy już od dłuższego czasu, a w ostatniej serii zupełnie zapomnieli, że „Doctor” jest też serialem dla dzieci. O ile chłopięcej części widowni zawsze łatwo będzie się identyfikować z zakręconym Doctorem***, o tyle nie sądzę, żeby dobrym pomysłem było wciąż serwowanie dziewczynkom bohaterek, które być może są i całkiem zaradne, ale ostatecznie ważniejsze okazują się jako obiekt, a nie jako aktywne postaci.

Kwestia Clary przypomniała mi również iż w tym sezonie szczególnie zachowanie Doctora świadczy o tym, jakby już zupełnie nie zależało mu na ludziach. To właściwie jest w tym całym szaleństwie najsmutniejsze, bo jednak uważałam tą postać za superbohatera właśnie dlatego. Cokolwiek dziwnego by się nie działo, to jego wiara w ludzi i chęć ich ocalenia stanowiły stałe elementy, dla których można się było czuć przy Doctorze bezpiecznie. Ja mam wielką wiarę w scenarzystów: udało im się pokazać, że i przy takim podejściu da się zrobić z DW rozrywkowy serial (polecam do tego odcinek o Robin Hoodzie). Niemniej jednak, do przewidzenia co się dzieje z tymi, co kopią pod sobą dołki, nie potrzebna nam nawet Tardis.

Rating ostateczny: kiss my feminist ass / 10

4. „Divergent” (pol. „Niezgodna”, 2014)

Nie zrozumiem nigdy fenomenu książek-opek, które odnoszą tak spektakularny sukces jak „Divergent”. Potrafię trochę przetrawić fakt, że takie historie specjalnie konstruowane są w taki sposób, by czytelniczki jak najszybciej utożsamiły się z główną merysujką, a ich buzujące hormony pozwoliły im się szybciej wczuć we wszystkie emocjonujące momenty, jakby one same musiały wyskoczyć z pędzącego pociągu. Nie mniej jednak, jak wiecie posiada ogromną wiarę w ludzi, dlatego zawsze mam nadzieję, że można takie historie wykorzystać w pozytywny sposób i nawet widzę, gdzie twórcy „Divergent” chcieli dobrze, ale im nie wyszło.

Zacznijmy od tego, iż społeczeństwo filmowego Chicago jest podzielone na benadziejnie nieprzemyślane kasty. Główna bohaterka należy do Abnegation, czyli tych dobrych ludzi w giezłach, pomagającym tym, którzy nie nadają się nawet do najniższej klasy. Teoretycznie sprawują władzę w mieście, ale zupełnie tego nie widać (może przez te giezła?). Oprócz nich istnieje również grupa wesołych rolników**** zaopatrujących społeczność w jedzenie, grupa inteligentów, prawników oraz Dauntless, czyli taka specjalna jednostka do utrzymywania porządku w mieście/parkourowcy. Każdy szesnatoletni obywatel Chicago musi zdecydować do której kasty będzie należał, w czym pomóc mu ma odpowiednio zaprojektowany do tego test. Szybko okazuje się, że merysujka Beatrice nie dość, że nie nadaje się do żadnej z klas, to jeszcze dzięki decyzji zaciągnięcia się do parkourowców pakuje się w sam środek intrygi mającej na celu… nie jestem do końca pewna co właściwie. No, bo, o co miały by walczyć zupełnie rozbiegające się kasty?

Nagle dowiadujemy się, że inteligencja chce przejąć władzę w mieście, obalając tych dobrych ludzi z Abnegation. Tylko po co właściwie? Żeby opiekować się tymi poniżej klasy? Żeby wyeliminować osoby które nie przystają do żadnej kasty? (surprise, surprise, tak to Niezgodni) Co właściwie z tego będą mieli? Nie wiem i do końca filmu się nie dowiedziałam, a główna zła postać równie tajemniczo znikła z planu jak się na nim pojawiła, nie pozostawiając za sobą żadnych zadowalających wyjaśnień.

Beatrice to typowa merysujka, która dzięki swojej ciężkiej pracy zdobywa serce swojego opiekuna, o wiele mówiącym imieniu, Cztery, i z nieśmiałej pierdoły bez kondycji zostaje trochę bardziej wysportowaną, ale wciąż nieciekawą postacią. Shailene Woodley jest urocza, ale nie wniosła w postać nic wykraczającego poza typową bohaterkę, nad którą wisi klątwa bycia jedyną niesamowitą i wybraną do wyższych celów. Niestety, Garyczwórka był równie nieinteresujący i, przysięgam, nie wiem jak to się stało, że ta dwójka ze sobą skończyła, bo nie widziałam między nimi żadnej chemii.

tumblr_nf7bvdLthz1rj2bmio1_400

Jedyna rzecz, która mi się w tym całym zamyśle podobała, była sposobem pokazania, że nieszablonowe myślenie to atut. Silnie przesadzono jednak twierdząc, iż atut ten jest tak niepowtarzalny, że jednostki myślące inaczej należy wyeliminować. Nie istnieje tylko kilka określonych grup inteligencji – każdy ma swój sposób myślenia, ale może jakbym miała te 10 lat mniej, to bym Veronice Ruth jeszcze podziękowała na kolanach. I tak ma plus za to, że przy tak dziwnym uniwersum potrafiła zrobić bohaterkę, która jednak coś potrafi.

Rating ostateczny: pół królestwa i ręka księżniczki temu, kto mi wyjaśni co się stało z kastą ubranych na złoto / 10.

5. „Detektyw” (aka „White Detective” aka „True Detective”, 2014)

Właściwie wszystko co bym chciała powiedzieć o tym serialu napisała już moja przyjaciółka w notce na własnym blogu, więc mam nadzieję, że nie będę się tutaj powtarzać bardzo, ale generalnie moje zdanie nie odbiega tak bardzo od tego, co już zostało powiedziane. Przede wszystkim, jestem pełna podziwu, że „Detektyw” zebrał tak pozytywne recenzje, bo, pomimo ilości złotych monet jakie HBO włożyło w jego realizację, charakterystycznego klimatu i filozoficznego zacięcia twórców, serial zwyczajnie nie jest w moich oczach aż tak dobry.

Po pierwsze, główni bohaterowie to socjopaci, nie zaprezentowani bynajmniej w sposób, który chwyta nas za serce. Od początku do końca historii z przeszłości nie było mi żal ani Cole’a, ani tym bardziej Rusta, którego postawa i doświadczenia wskazywały od początku, że jest właściwie bardziej zainteresowany sobą niż sprawą. Z jednej strony może jest to i ciekawe, żeby starać się pokazać bohaterów, w których nie ma nic dobrego, a mimo to chcą coś zrobić jak trzeba, ale kompletnie nie pomaga to w stworzeniu atmosfery, w której nam na nich zależy. Dopuszczam do świadomości, że może twórcom zależało, żeby było w ten sposób bardziej realistycznie, ale jeśli taki był ich zamiar, to postaci są najmniejszym problemem „Detektywa”.

Jak z resztą wskazuje nazwa nadana przeze mnie i moich znajomych tej serii, „White Detective”, jest to serial podejrzanie jednorodny. Właściwie większość postaci jest białego koloru skóry, co w serialu o akcji osadzonej na południu Stanów jest dosyć niepokojące.  Być może nie bardziej niż problem bohaterek kobiecych, które od początku do końca są na straconej pozycji. Prezentowane są właściwie tylko w jako winne i niewinne, a wszyscy dobrze wiemy, że dobrze skonstruowane postaci powinny być wielowymiarowe. Tymczasem od kobiet w „Detektywie” oczekuje się, że będą wierne i niewinne, a jeśli historia pokazuje inaczej, to pozostałe postaci nie będą nawet starały się ukrywać swojej dezaprobaty. W innych przypadkach kobiety pojawiają się, żeby ktoś mógł paść ofiarą zbrodni, lub, żeby było jak nakręcić sceny erotyczne.

Jest w „Detektywie” kilka ciekawych rozwiązań, niepowtarzalny [biały] klimat i świetna gra aktorska, ale moim zdaniem nie uczyniły one tego serialu ani odrobinę lepszym. Bardzo chciałabym widzieć go oczami entuzjastów, ale jedyne co na razie widzę, to mój własny zamknięty pokoik, więc może jednak ten serial miał na mnie mimo wszystko jakiś wpływ. Pytanie tylko, czy ktoś na tym wychodzi na plus?

Rating ostateczny: Vizir by się wstydził / 10

* właściwie to jedynym dobrym momentem było, kiedy wersja językowa mojego nagrania w kulminacyjnej scenie zmieniła ścieżkę na rosyjską

** TRUE STORY. A teraz, kto je będzie utrzymywał w mieście i po co?

*** i pewnie zawsze będzie łatwiej, chyba, że nagle obudzę się w alternatywnej rzeczywistości, Doctor zostanie kobietą a Idris Elba zagra Bonda.

**** uśmiech szerszy niż pole do orania

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s