gra o B6 (bez tronu)

Bywają konwenty, na które wybieram się, ponieważ mam nadzieję, że będzie lepiej niż poprzednim razem. Są też takie, w których uczestniczę z czystego przyzwyczajenia. Skłamałabym twierdząc, że B6 jest odstępstwem od tej reguły – niemniej jednak, mimo wszelkich dramatów z hakowaniem konwentowych stron, celując w konwenty B-Teamu wiem, że zawsze będę się dobrze bawić, nieważne czy spędzę na tej imprezie pełne cztery dni, czy tylko dwa, tak jak się to stało słonecznego trzeciego weekendu sierpnia w czasie konwentu B6: The Game.

Podoba mi się zdjęcie, na którym ludzie słuchają mojego panelu… albo patrzą na przynętę w mojej ręce. Whatever. (photo by Balibuli)

Swoją drogą, kompletnie nie rozumiem tego całego hakowania konwentowego serwisu i social media. Wracam sobie wieczorem do domu, a tu już czekają na mnie wiadomości, że się nic nie stało, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że w ogóle do czegoś doszło. Wierzcie mi lub nie, jeszcze nie widziałam krakowskiego konwentu, na którym ktoś zbijałby kokosy, więc nie widzę najmniejszego sensu w bojkotowaniu takiej imprezy. Najwyraźniej, jacyś non-profit hakerzy dobrego serca musieli dla zasady zrobić włam na stronę, nie przewidując przy tym żadnych finansowych korzyści. Albo, innymi słowy, gimbusy nie miały co robić. Gratuluje im: gdybym nie wiedziała gdzie znajduje się konwentowy budynek, zapewne miałabym spory problem, żeby do niego trafić, bo jednak strona, mimo niesamowitej uprzejmości Otaku.pl, została przywrócona, to na ich serwerach nie znajdowały się już grafiki z mapkami. Niech Thor błogosławi GPS w smartfonach i ludzi w podejrzanych perkuach, którzy zawsze dobrze go zastępują.

Tak więc, konwent został uratowany przez fandom. Z tego, co słyszałam o piątku, czyli oficjalnie pierwszym dniu konwentu, uczestnicy ale i organizacja, spisali się na medal. Miałam okazję obserwować wspaniałą frekwencję na atrakcjach sali WTF!Azja w sobotę, więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy prowadzące sale zdradziły, iż poprzedniego dnia na panelach i konkursach pojawiło się jeszcze więcej osób. Staram się nie projektować swoich wrażeń z jednej sali na pozostałe atrakcje, ale muszę nadmienić, że, jeżeli chodzi o konwentowe atrakcje, to w sobotę w ogóle nie mogłam dobić się do konsolówki, sala z planszówkami była tak zatłoczona, że karcianki kontynuowały grę na korytarzu, na stoiskach ruch był przez cały czas, a na randomowej atrakcji w zupełnie losowej sali, około godziny 22:00, natrafiłam na całkiem sporą grupkę uczestników. Dlatego nie dowierzam, czytając w recenzjach tego konwentu, że atrakcje były słabe i nudnawe. Gdyby tak było, wszystkie sale świeciłyby pustkami, a randomowi konwentowicze nie śpiewaliby na cały głos  „It’s Raining Men”, wciągając w to całą kolejkę do Ultrastara.

Konwenty B-Teamu zawsze kojarzą mi się z mocną stroną social  i nie inaczej było tym razem. Ponieważ przyszło mi za zadanie również pomagać redakcji Radioaoi.pl w tworzeniu konwentowej relacji, udało mi się zamienić dwa słówka z uczestnikami, od zwykłych zwiedzających, przez twórców atrakcji na wystawcach i kosplejerach kończąc. Wszyscy byli niesamowicie mili i zadowoleni z faktu wspólnego przebywania na terenie konwentu. Z chęcią opowiadali o swoich pasjach i cierpliwie pozowali nam do zdjęć. Część mnie podejrzewa, że większość mogła być tak zadowolona, bo trafili jeszcze na papier toaletowy w łazience. Nie mam nic do zarzucenia Kibel Patrolom, ale muszę zacząć, zapobiegawczo, do konwentowego wyposażenia swojej torby dorzucać również setkę chusteczek, albo chociaż własną rolkę, bo w toalecie takiego cuda nie uświadczysz – i to pomimo zachęcających do praworządności plakatów z twarzą Dera w każdej kabinie.

 

Mój ulubiony cosplay tego konwentu, take that, Ubisoft!!

Jeśli chodzi o moje własne atrakcje, uważam, że były bardzo udane. Panel o kryminalnych kliszach udał się nieporównywalnie lepiej do tej samej atrakcji na poprzednim konwencie, a przecież, również w przypadku B6 był to poranek drugiego oficjalnego dnia imprezy. Konwentowicze byli jednak bardzo aktywni, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma to jak uruchomienie szarych komórek uczestników dodatkowymi pustymi kaloriami. Następnym razem zmienię jednak taktykę i będę rzucać cukierkami w osoby, które mają się odzywać, a nie w te, które już coś powiedziały. Coś w tych cukierkach na przynętę musi być, bo w trakcie wieczornego panelu o Hannibalu, mimo iż frekwencja nie była biedniejsza, mało kto odważył się odezwać. Rozumiem, że tematyka serialu jest taka, a nie inna, a samo wspomnienie Saida przynosi niż i chmury depresyjne, ale jednak nikogo bym nie pogryzła, gdyby dodał od siebie słówko lub dwa. Apropos atrakcji w sali WTF!Azja, jestem pełna podziwu jak wiele osób zainteresowanych było panelem o indyjskich filmach akcji. Nie wiem ile z nich faktycznie sięgnęło po nim po „Kick”, „Dhoom”, albo chociaż „Dona,” ale jestem dumna z tego, że mieli ochotę posłuchać i spróbować czegoś  nowego.

Ponieważ spędziłam na konwencie tylko dwa dni, niestety nie wiem jak wypadł pomysł „afterparty”. Kolejny raz dostałam po twarzy smutną, szarą rzeczywistością, która pokazała mi swoim bezlitosnym obliczem jak szybko dorastają kolejne konwentowe pokolenia (w tym moje własne). Tymbardziej jestem pełna podziwu dla organizacji, że potrafiła zapewnić całkiem sporo do roboty takim weekendowcom, jak ja.  Trochę mi wstyd, że nie udało mi się zostawić w kieszeniach wystawców trochę więcej pieniędzy, ale jak na rosnącą świadomość społeczną, że już nie tylko przypinki z animcami schodzą na konwentach jak świeże bułeczki, oraz pomimo przemiłej obsługi na każdym ze stanowisk, towary jednak nie powalały na kolana.* Chociaż, może nie powinnam się skarżyć na odgrzewane kotleciki, bo przecież kto korzystał z notatek z poprzedniego konwentu na własnych panelach?

Podsumowując, bawiłam się świetnie, i wspaniale było znów spotkać się z ekipą No!We Can’t, by, zwyczajnie, zrobić coś fajnego dla siebie i innych. Zresztą, czy nie w tym tkwi sens tego całego konwentowego szaleństwa? Jak zwykle jestem też pod wrażeniem uczestników naszej sali, którzy tak licznie uczestniczyli we wszystkich pokręconych atrakcjach, a szczególnie tych, którzy przyszli nawet na panel podsumowujący/sprzątanie pokonwentowe w niedzielę. To się dopiero nazywa WTF[!Azja].

 

Filmik podsumowujący by RadioAoiTV:

 

*aczkolwiek, przyznaję, że plakaty z Garrusem były zacne.

 

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s