R.I.P.D.

Staram się mieć dystans do oglądanych filmów, więc złamane serce zdarza mi się bardzo rzadko. Co mnie boli w „R.I.P.D.”, to fakt, że przecież mogło być tak pięknie. Chociaż film ten nazywany jest „Facetami w Czerni, tylko z trupami zamiast obcych”, to jednak cechuje go świetny pomysł, wspaniały potencjał, dużo pieniędzy na efekty i Ryan Reynolds w końcu nie w komedii romantycznej. Jeszcze pamiętam, swój własny spontaniczny wybuch entuzjazmu, kiedy oglądałam trailer tego filmu rok temu. Okazuje się jednak, że, pomimo tego, iż entuzjazm nie był jedyną rzeczą, która wybuchła przy tym filmie, to coś te zawrotne zwroty akcji chyba zakopało pod drzewkiem pomarańczowym*. [spoilers inside]

Żeby nie być gołosłowną, rozejrzałam się, co, poza filmem, mogłoby pozwolić mi rozeznać się w tej historii. Z pomocą przychodzi komiks Petera M. Lenkova oraz, towarzysząca ekranizacji, gra komputerowa. Muszę powiedzieć, że komiks jest dosyć przyzwoity. Jestem laikiem, lubię czytać komiksy dla samego czytania, więc  nie oczekujcie, że będę się tutaj rozwodzić o dynamice kadrów, żywej kolorystyce, czy charakterze bohaterów. Nie jest źle, dobrze się bawiłam i sama kreska też mnie w oczy nie kłuła. Zresztą, nie o komiks tutaj chodzi, chociaż zapłaczę przy nim jeszcze raz, apropos „The Game”.

Gra jest młodszym, brzydszym braciszkiem filmu. O ile już na wstępie narzekałam, że film zmarnował swój potencjał, o tyle sama nie wiem czego oczekiwałam po grze. Wiadomo, gry powstałe na podstawie filmowych tytułów rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek, reprezentują sobą coś wartościowego. Czytałam, że nie zebrała też specjalnie wysokich ocen**. To wszystko, ponieważ „R.I.P.D. The Game” jest nudną, banalną strzelanką o zaniżonym poziomie trudności i planszach, które da się przebiec wszerz lub wzdłuż w niecałe 10 sekund. Dlaczego zostało to uczynione fajnej historii, nienajgorszemu komiksowi i nudnemu, ale jednak kasochłonnemu filmowi? Nie wiem.

Podejrzewam, że mogły zawinić ograniczone fudusze i pośpiech produkcji i zastanawiam się, czy przynajmniej jeden z tych dwóch elementów nie zaszwankował właśnie w trakcie kręcenia filmu.***

Zajmijmy się więc nim. Historia zastaje nas w momencie, w którym policjant z Bostonu, Nick Walker, zakopuje pod wyżej wspomnianym krzaczkiem pomarańczowym skradzione na służbie wspólnie z przyjacielem, Bobbym Haysem, złoto. Bobby szybko okazuje się mendą, właściwie dostajemy to na talerzu od razu, bo przecież ktoś musi wysłać Walkera z komisariatu w Bostonie do podobnego przybydku w zaświatach. Tak, Nick z uwagi na bycie utalentowanym policjantem, tak bardzo, że nie założył hełmu robiąc z jednostką obławę na jakiś magazyn, zostaje detektywem policji do grobowej deski i dłużej, Wydziału ds. Wiecznego Odpoczynku, czyli tytułowego „R.I.P.D.”. Za kompana zostaje mu przydzielony dość nieokrzesany człowiek-słowotok, Roy Pulsipher, były żołnierz walczący w amerykańskiej wojnie domowej. Ma manierę typowego kowboja i boi się kojotów – co, o niebiosa, stanowi właściwie najciekawszą jego cechę.

O ile mniej więcej od razu dowiadujemy się kto jest kim, kogo ściga i po co (odpowiedź: świat żywych, to świat żywych i zmarli nie powinni się mieszać), to do ponad połowy filmu nie wiadomo, czym jest to cholerne złoto. Obstawiałam różne możliwości, kalendarz Majów, środek płatniczy, router Egipcjan? Otóż, okazuje się, iż skradzione fragmenty były częściami portalu umożliwiającego przedostanie się zmarłym z powrotem do żywych i w drugą stronę. Malowniczo portal nazwano staff of Jericho – niestety, nie znam wersji polskiej nazwy tej rzeczy, ale podejrzewam, że brzmi równie dumnie.

Oczywiście, kiedy już dowiadujemy się po co złoto miało robić za nawóz dla pomarańczy, i dlaczego Bobby jest nie tylko mendą, ale na dodatek nieżywą mendą, zaczyna się konkretna masakra. Truposze******* uruchamiają staff w najgłupszy z możliwych sposobów – potrzeba ofiary z krwi, więc Bobby w przypływie, nie wiem, chyba artystycznej fantazji, wybiera na krwiodawczynię wdowę po Nicku. Chociaż zaświaty pękają w szwach od soli naszej policyjnej ziemii, z kryzysem poradzić muszą sobie TYLKO główni bohaterowie.

Wierzcie mi, bardzo chciałabym tutaj napisać spoiler, dotyczący rozwiązania akcji, ale było tak nudnie, że chyba przysnęłam i nie załapałam co się stało.

Żeby nie było, że tylko narzekam, kilka rzeczy naprawdę podobało mi się w tym filmie. Być może humor podobałby mi się bardziej, gdyby większość komicznych elementów nie pojawiła się już w trailerze,**** ale generalnie było lekko i zadziornie. Efekty były wspaniałe. Wręcz nieziemskie, że tak rzucę sucharem. Wyglądały efektownie, były zrealizowane z rozmachem i widać gołym okiem, że bardzo się nad nimi napracowało. W niektórych scenach wręcz nie da się nie zakochać, jak na przykład moment zaraz po śmierci Nicka, kiedy ten przechodzi się w środku ognia walki już jako duch.

Mówiłam, że nie tylko mój entuzjazm tu wybuchł. /source: tumblr.

Sama kompozycja filmu była bardzo przyjemna i komiksowa. Tym wyrazistszy stał się ten fakt, kiedy faktycznie sięgnęłam po komiksy i filmowa kolorystyka i kompozycja kadrów rzeczywiście przypominały mi tą wyciągniętą z kart komiksu. Było więc na co popatrzeć i w 3D na sto procent film robił wrażenie.

Mam dylemat co do samych postaci. Mam wrażenie, że nie były złe, ale brakowało im jakiegoś rodzaju charyzmy albo pazura, który przeciągnąłby szalę fabularną na ich stronę. Zarówno bohaterowie świata zmarłych jak i żywych posiadają bardzo wyraźnie zarysowane sylwetki, tak, że od razu wiemy, kto jest dobry, a kto zły (a kto nieogarnięty, czyt. wdowa po Nicku, no ale jestem to skłonna zrozumieć, bo żałoba). Część zmarnowanego potencjału zapewne leży tutaj, ponieważ przy tak pokręconej sytuacji, w jakiej z minuty na minutę znalazł się Nick, można poświęcić więcej filmu na pokazanie dramatu bohatera, wewnętrznego mindfucka, albo dezorientacji. Niestety, wszystkie rozmowy Nicka i Roya na ten temat brzmiały w moich uszach tak samo, to znaczy: „Yada, yada, yada.” Nie wierzę, że zderzenie osoby zaawansowanej w życiu pozagrobowym  i nowicjusza nie może wnieść nic ciekawego do fabuły, ale ewidentnie tak właśnie było.

Zmarnowany potencjał leży też odrobinę w fabule, chociaż rozumiem, że twórcy najwyraźniej starali się trzymać kurczowo oryginału. Jednakże, nie mogę przepuścić wielkiej dziury, jaką pozostawiło po sobie tajemnicze złoto, którego wątek nagle, po przystąpieniu Nicka do R.I.P.D., zostaje prawie kompletnie zignorowany. Jak na przedwieczny artefakt mieszający między światami, cały Departament nie bardzo się nim zamartwia. Przynajmniej, dopóki nie zostaje im on skradziony dosłownie sprzed nosa. Ale i w tym momencie nie szykują oni obławy, tylko zawieszają bohaterów w obowiązkach.  Bardzo przebiegle, drogi Wydziale, jestem pod wrażeniem. Może powinni pracować w policji?

W efekcie, zamiast fajnej, pokręconej komedii z morałem, albo poważnego dramatu o tym, że nie wszystko jest białe i czarne, i nawet świat żywych i umarłych nie są binarnymi przeciwieństwami, dostajemy coś. Coś ma tak słabe dialogi, że równie dobrze mogłabym oglądać ten film w Swahili. Coś nadrabia wizualnie, ale fabularnie nudzi i irytuje. Coś ma Ryana Reynoldsa w obsadzie, viva Kanada. Wierzę jednak, że z takiej historii filmowcy są w stanie wyciągnąć o wiele więcej. Czekam więc na jakieś wiadomości o powstawaniu „R.I.P.D. 2,” bo trochę mniej pieniędzy na efekty, a trochę więcej na scenarzystów***** na prawdę pomoże temu filmowi podbić serca większej ilości fanów, a moje własne załatać.

 

*jeśli jeszcze nie wiecie, gdzie ukryć bardzo tajemnicze skarby ze złota, film nauczy was, że tam jest całkiem niezłe miejsce (tylko pamiętajcie przysypać to drzewko ziemią, a nie wsadzić w dziurę – inaczej to za mało, żeby zmylić waszych przebiegłych wrogów)

**właściwie to same niskie.

***możnaby powiedzieć, „Zaraz, zaraz. Jakie ograniczone fundusze? DJB, nie widziałaś tego morza efektów?” Widziałam. Tak mnie zalało, że nie widziałam nic poza nim.

****mówiąc „większość” mam na myśli jakieś 3/4

***** proponuję zabrać studiu Old School Games i odpuścić dorabianie kolejnej strzelanki.

****** kolokwializm autentycznie zamierzony, z uwagi na to, iż w wersji angielskiej na zbiegłych zmarłych wołają „Deado'”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s