mój problem z Grey’s Anatomy

Na co dzień oglądam całkiem sporo serii. Może nie jest to szczyt moich możliwości, bo jednak dzień ma tylko 24 godziny, ale staram się przynajmniej spróbować wielu tytułów. Większość z nich rzucam po kilku odcinkach, albo sezonach, szczególnie przy czwartym, taki „kryzys czwartego sezonu”. Niemniej jednak, zdarzają się seriale, przy których już nie pamiętam dnia, w którym zaczęłam je oglądać, za to pamiętam każdy dzień, w którym wieściłam, że już nie obejrzę ani odcinka więcej. Jednym z nich jest właśnie Grey’s Anatomy, znany w polskiej telewizji z podtytułem „Chirurdzy”.

GreysS8MainCast

Nie bez powodu wybrałam tu plakat promocyjny ze Sloanem i małą Grey. Ósmy sezon wspominam chyba najlepiej ze wszystkich.

Poniżej będzie wiele spoilerów do serii. Tak tylko uprzedzam, zanim założycie fartuchy.

Jedną z moich teorii na temat tego, dlaczego tak silnie ten tytuł trzyma mnie przy sobie, jest fakt, iż dużą część moich serialowych zainteresowań zaanektował sobie „Ostry Dyżur”. Nie chcę tutaj wstawiać niepotrzebnych porównań między jednym a drgim, gdyż zapewne większość z tych, którzy tak jak ja nie wyobrażali sobie kiedyś wieczoru bez nowego odcinka „Dyżuru” na TVNie, i którzy znają „Chirurgów” widzi wyraźne różnice. Oczywiście, motyw „wszyscy śpią z wszystkimi, bo taka praca” to klasyk, i stanowi jedną z guilty pleasures dla których ogląda się takie serie. Tak samo jak przesuwanie granicy widza apropos tego, co uważa za dopuszczalne, a gdzie sikającej krwi i wystających kości jest już zbyt wiele.  Jednakże, oba tytuły dzieli nie tylko skupienie na wybranej części medycyny, ale też różnorodność rozwiązań fabularnych. Gołym okiem widać też zdecydowanie odmienną realizację, tak jak zdecydowanie bardziej dynamiczna kamera „Dyżuru”, która zwyczajnie płynęła przez całe ujęcie przez korytarz urazówki, czy też charakterystyczna narracja zza kadru, będąca monologiem głównych bohaterów „Grey’s Anatomy”. Jednakże, mam wrażenie, że już „Ostry Dyżur”, przyzwyczajając mnie do wielu cliche i przesuwając strunę paskudztwa, w pewnym stopniu przygotował mnie do „Chirurgów”, ale nie ukrywam, iż sentyment za tamtą seria zapewne też skłonił mnie do sięgnięcia po tą produkcję ABC, do której przywiązanie z kolei przez ostatnie kilka lat wytworzyło u mnie zupełnie odrębną nostalgię.

Podejrzewam, że liczba za i przeciw na rzecz „Grey’s Anatomy” w moich oczach mniej więcej się wyrównuje. Przede wszystkim, ile można oglądać ten sam serial? W przyszłym roku minie 10 lat tej serii i przez dziesięć ostatnich sezonów oglądaliśmy już rózne kombinacje, rozstania, powroty, powtarzalne schematy. Co więcej, scenariusz pozwala na wykorzystanie chyba każdego melodramatycznego zawiązania akcji: od strzelaniny w szpitalu, po katastrofę samolotu, na którego pokładzie akurat znalazło się pół ekipy. Ponadto, od około dwóch sezonów martwię się, że scenarzystom w końcu zabraknie ciekawych przypadków medycznych, żeby zająć bohaterom ręce. Wiem, że jest tyle przypadków ile pacjentów, ale na litość, ile może trafiać do Seattle? Taka doza nieprawdopodobieństwa przykuwa widzów do ekranu, ale potrafi równocześnie zmęczyć. Nie tylko liczba chorób wydaje się być  zbiorem zamykającym się coraz ciaśniej, ku niepokojowi fanów, ale i koleje losów bohaterów. Konflikt kariera-rodzina, romanse zaplątane w supełki, etyka zawodowa i powinność, a osobiste ambicje – wszystkie te tematy są wspaniałe i interesujące, ale ile można z nich jeszcze wyciągnąć?

Okazuje się, że można wiele. A przynajmniej Shonda Rhimes (twórczyni serialu) potrafi.

Jakkolwiek nie darzyłabym tej pani sympatią, za odebranie mi dwóch ulubionych postaci (Sloana i małej Grey) i powtarzalność dobrze zapowiadającego się wątku Christiny Yang i Owena Hunta, którzy z serii na serię bez końca rozstają się i schodzą, to jednak Rhimes ma talent do pewnego rodzaju kolonizacji serialowego światka wątkami niepopularnymi. Na ten przykład, moja ulubiona para, jedne z* reprezentantek LGBT w tej serii, czyli Dr Torres i Arizona wzięły, jeden z nielicznych, w telewizji jeśli chodzi o tą mniejszość, ślub**.   Kolejny niepopularny wątek: kobieta, która do szczęścia potrzebuje pracy a nie związku. Tak mam na myśli Yeng. Uwielbiam ją, ubóstwiam, nie ma w niej rzeczy, której nie trawię. Oczywiście, i ona nie uciekła przed romansami i ślubami, ale jak w żadnym innym przypadku to u niej najlepiej widać, że chirurgia stanowi sens jej życia. Ponadto, Yeng jest zdecydowana, opanowana, wręcz poetycka w podejściu do pracy. Szczególnie zapadł mi w pamięć odcinek, w którym by poprawnie dokonać operacji musiała się wsłuchać w serce, i ten w którym przed operacją ćwiczyła wszystkie procedury „na sucho” na sali operacyjnej. To prawda, brzmi to odrobinę serowo, ale nawet nie wiecie, jak bardzo w tych chwilach jej zazdrościłam.

Moje życiowe motto.

Christina to też świetny przykład na to jak można docenić umiejętności pani Rhimes spoglądając na serial pod kątem problemu reprezentacji. W obsadzie mamy zarówno kobiety jak i mężczyzn, zarówno kolorowych jak i białych i to na wszystkich szczeblach kariery. To oznacza, że różnorodność zachowano nie tylko w przypadku pobocznych postaci, ale i głównej obsady. Wydaje mi się, że z tego powodu strata Yeng w kolejnej serii będzie ciosem zarówno dla mnie, jak i wielu fanów serii. Nie chodzi tylko o utratę ulubionej bohaterki, ale i zachwianie tej wysoko postawionej poprzeczki reprezentacji. Wierzę jednak, że zostanie ona szybko nadrobiona.

Jeśli chodzi o oryginalne pomysły, ich scenarzystom zdecydowanie nie brakuje, szczególnie jeśli zdecydują się czerpać z aktualnych wydarzeń. Tak też szpital popada raz w długi, innym razem przechodzi kosztowne remonty, reformuje się, rozrasta, ale i doświadcza postępu technologicznego, którego ukazane zostają zarówno dobre jak i złe strony. Ewoluują również bohaterowie. Możliwość śledzenia ich kariery od stażystów do profesjonalnych lekarzy jest niesamowita, prawie mistyczna, kiedy przychodzi nam towarzyszyć im również w dniu zdawania kluczowego dla ich zawodu egzaminu końcowego. Dosłownie, egzaminu, to nie żadna metafora. Z podrostków stają się bardziej zdecydowani, pełniejsi w wiedzę i, co mnie niezmiernie cieszy, wcale tej wiedzy nie gubią po drodze, więc nie zostaiemy z dnia na dzień zaskoczeni sezonami, w których nagle ktoś zapomina jak się operuje (no, chyba, że to kwestia choroby). Postaci z wrogów stają się przyjaciółmi, z przyjaciół stają się kochankami, lub wrogami na nowo, gdy kwestionują swoje przekonania lub religie. Być może nie mamy tutaj epicko-dynamicznych ujęć w stylu „Ostrego Dyżuru”, ale na pewno nie ma na co narzekać, jeśli chodzi o zawrtoność relacji między chirurgami, nie tylko w wydaniu romantycznym, ale też w ujęciu uczeń-nauczyciel, czy dziecko-rodzic.

Kiedy spoglądam na wypisane przeze mnie dobre i złe strony, zastanawiam się, czy jest jeszcze coś, czym serial może mnie zaskoczyć? Jeśli nie fabułą, to może pod względem realizacji? I tutaj nie jeden raz dostaliśmy od twórców prawdziwe perełki, jak odcinek musicalowy, przy którym płakałam jak bóbr pełną godzinę, czy też ostatni odcinek, w którym eksplorowano różne możliwości potoczenia się losów Yeng i Owena, przy którym to z kolei spędziłam tą godzinę na bujaniu się na krześle, jęcząc do monitora „Niech ktoś to zatrzyma, ja wysiadam.” Praktycznie każdy sezon obfituje w odcinki, które rozpamiętuje się później przez lata, ot, choćby odcinek, w którym Dr Shepherd operował skomplikowany nowotwór, i dane nam było zobaczyć, jak daleko trzeba czasami wejść w temat, by wyjść z sytuacji obronną ręką***. Takie momenty pozwalają się nam zżyć z bohaterami zdecydowanie bardziej, niż wszystkie wąki romantyczne, którym poddano lekarzy przez ostatnie dziewięć lat.

„Grey’s Anatomy” jest więc moim numerem jeden, jeśli chodzi o serie, które kocham i nienawidzę zarazem. Nie potrafię się od niej oderwać, ale równocześnie praktycznie po każdym odcinku obiecuję sobie, że po kolejny sezon już nie sięgne. Jak widać, bezskutecznie. Wydaje mi się, że, zwyczajnie, kocham ta serię, tak jak jej wszystkie przerysowane elementy, nienawidzić.

 

 

* nie bez powodu pogrubienie czcionki, bo nie pamiętam która seria wcześniej tak mi obfitowała w wątki z udziałem queer

**i jeszcze wspólnie wychowują dziecko! Gdzie takie rzeczy? W telewizji?

***bardzo podobał mi się motyw z rozrysowywaniem schematu schorzenia na ścianie sypialni Grey i Shepharda.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s