47 Roninów

W przerwie ostatniego koncertu na jakim byłam, udało mi się niechcący podsłuchać rozmowę grupy przyjaciół, którzy narzekali, że byli raz w susharni, ale mimo tego, że im smakowało, to się nie najedli. Odnoszę silne wrażenie, że z „47 Roninów” jest podobnie, i to nie tylko dlatego, że moja przyjaciółka po wyjściu uznała, że zjadłaby sushi. [spoilers inside]

Największa zagadka tego filmu, czyli dlaczego Skull Boy dostał swój własny plakat?

Co ciekawe, dochodzę do takiego wniosku, nawet nie dzięki błyskotliwym komentarzom z pewnego serwisu dotyczącego filmów i seriali* Generalnie rzecz biorąc wcale nie było najgorzej: był ten dobry, był ten zły, był Jin Akanishi. Niemniej jednak, pozostaje we mnie pewien niedosyt i chyba rozumiem dlaczego.

Zacznijmy jednak od podstawowych faktów. O ile w ogóle kojarzycie legendę o dzielnych roninach, znana jest również pod nazwą „obrona zamku Ako,” czy też „zemsta roninów z Ako”, oraz dość, możnaby ująć, łagodnie, „incydent w Ako”, co w raczej skoncentrowany sposób podpowiada, czego dotyczy historia.  Otóż, oryginalnie pan zamku Ako, Asano, zostaje skazany na seppuku. Jego czterdziestu siedmiu samurajów zostaje bezpańskimi roninami – planują oni zemstę na Kirze Yoshinace, który jest winny samobójstwa ich pana. Udaje im się zabić Kirę, ale sami też muszą popełnić seppuku, za dokonanie morderstwa. Ot klasyczna historia, w wersji, jak przystało na XXI wiek, została odpowiednio podkręcona i zakręcona.

Po pierwsze, jak zapewne spodziewalibyście się po japońskiej legendzie, w oryginale nie są w nią zaangażowani europejczycy, ani nawet pół europejczycy, jakim jest Kai, postać stworzona specjalnie na potrzeby filmu, w którą wcielił się Keanu Reeves. Kai jest super-sługą: jest szybki, zwinny, pracowity, wykarmiony przez kakkoi Tengu**, oddany swojemu panu i niestety zakochany w córce Asano, z którą się wychowywał. Jest to jednak zauroczenie według standardów jak na tamte czasy przystało – Kai od początku zdaje sobie sprawę, że ze względu na swój status realizacja jego miłości z Miką skazana jest na porażkę – nie powstrzymuje go to jednak od darzenia kobiety wielkim uczuciem, a w efekcie i pójścia za nią na śmierć.

Samej Mice można by wprawdzie zarzucić pasywność, ponieważ nie wydaje się, żeby wiele mogła zrobić w swojej sytuacji (poza samobójstwem, doradzanym jej przez słóżki, którego od razu odmawia). Z początku jest posłuszna, ma nawet własne ambicje kierowania zamkiem, które przedstawia szogunowi po śmierci swojego ojca. Jednakże, grana przez Ko Shibasaki postać w efekcie skazana jest, z jednej strony na towarzystwo Kiry, który więzi ją w swoim zamku, z drugiej zaś na odwiedziny wiedźmy Mizuki (Rinko Kikuchi), na usługach Kiry, która nie oszczędzi wytknięć wszelkich wyrzutów sumienia dziewczyny i co jakiś czas wpada w odwiedziny z nożem.

O ile nad pasywnością Miki można by się zastanawiać, tak w przypadku wiedźmy jest to już prawie zbrodnia ze strony scenarzystów. Mizuki jest wprawdzie przebiegła, silna, potrafi zamieszać i wydaje się, że zakręciłaby sobie Kirę wokół palca… ale niestety, nic poza tym. Jak na stworzenie o siłach nadprzyrodzonych, potrafiące zmieniać formę i manipulować rzeczywistość, stosunkowo szybko daje się pokonać. Ponadto, pomimo jawnej możliwości manipulowania samego Kiry na własne usługi, pozostaje mu kompletnie poddana, czego powód nie zostaje ujawniony w trakcie filmu. Wiemy jednak, że potrafi odczytywać przyszłość – prawdopodobnie zbyt metaforycznie, bo, jak łatwo się domyślić, jednak oboje, ona i Kira, kończą nienajlepiej.

Czego by jednak nie powiedzieć o wszystkich żeńskich postaciach w filmie, nie przechodzą jednak testu Bechdel***, ponieważ Mizuki, nawet wypominając Mice jej słabości, praktycznie cały czas nawiązuje do tego, iż nieszczęście dziewczyny sprowadza śmierć na jej przyjaciela, tak jak na jej ojca i że cokolwiek złego przydarzy się roninom, jest w gruncie rzeczy winą Miki. Właściwie postacią żeńską, która zyskała w moich oczach najbardziej była żona lidera roninów, Oishiego. Ku mojemu zdziwieniu, zapadła mi w pamięć jako jedyna zdecydowana i ogarnięta bohaterka, nawet jeśli jej zadanie ograniczało się przede wszystkim do wypełnienia woli jej mężą.

Efekty specjalne w filmie nie powalają na kolana, ale tworzą klimat, któremu warto jest poświęcić kilka słów. Gra świateł, kolorów i aranżacji przestrzeni powoduje, iż praktycznie większość ujęć jest jak ładnie podane przystawki przed daniem głównym. Jak na dłoni widać zamysł stojący za jasną aranżacją zamku Ako i szarego, nieprzyjemngo zamku Kiry. Szczególnie w pamięć zapadła mi scena przejazdu szoguna przez drogę do zamku Ako. Widać w niej niesamowitą ilość pracy, którą włożono w oddanie idei eleganckiego przepychu – jednakże, jest to widok pobieżny, bez fragmentów na nasycenie oczu detalami, które z tak krótkich i ogólnych ujęć da się jedynie wywnioskować.

Wydaje mi się, iż większą uwagę zwrócono na realistyczną prezentację potworów i demonów. Tutaj wielkie brawa za nową jakość w wyborażeniach tengu, którym postanowiono oszczędzić nienaturalnie długich nosów, a zbliżyć ich raczej do stylizacji związanej z ptakami i obdarzyć pięknymi ptasimi oczami. W trakcie spotkania tengu z roninami czułąm na plecach dreszcz przerażenia i ekscytacji, więc śmiało mogę powiedzieć, „świetna robota”. Jeśli chodzi o same zdjęcia cieszę się również iż twórcy nie zrezygnowali z tradycji dalekowschodniego teatru – wręcz korzystali z niej całkiem śmiało,  niejednokrotnie prezentując sceny w całej okazałości, by oko widza mogło nacieszyć się estetyką prezentacji przestrzeni i usytuowanych w niej aktorów.

Podsumowując, dobrze bawiłam się przy „47 Roninach”, chociaż nie uważam, iż  ten film wymaga koniecznie kontemplacji przy dużym ekranie. Nie jest to dzieło odkrywcze, ani specjalnie grające na emocjach. Zakładam, że z założenia nie miało stanowić żadnego hołdu dla kultury Japonii, dlatego dobrze jest go oglądać z przymróżeniem oka. Jest przy tym rozrywkowe i stanowi przyjemny wstęp do wieczoru w azjatyckim stylu. Nie róbcie więc tego błędu co ja i przygotujcie sobie chociaż po talerzyku sushi albo misce zupy miso, choćby po to, żeby nie zgłodnieć przez sto osiemnaście minut projekcji.

*cyt. (mniej więcej) „Jak samobójcy mogą być bohaterami? Samobójstwo to tchórzostwo!” – ktoś chyba zasnął po połowie filmu i  obudził się na zakończenie.

** tzw. „buddyjskie Voldemorty” x

*** test zakładający, że w filmie pojawiają się conajmniej dwie kobiety rozmawiające o czymś nie związanym z mężczyznami

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s