Hobbit: Pustkowie Smauga

Burakku ostatnio podnosi standard swojego życia i chodzi do kina. Akurat na „Hobbita” pewnie i tak bym się wybrała, bo taka tradycja wśród mojego grona przyjaciół. Swoją drogą, to też dobra okazja na uruchomienie recenzji na tym blogu. Uwaga, poniżej będą spoilery, ale sam fakt wieku książki jest już wystarczającym spoilerem.

tumblr_inline_mzxkwrazoL1sxy74h

Sięgając pamięcią około czasów gimnazjum, przypominam sobie, że najbardziej podobały mi się książki przygodowe. Może nie zostałam czytelniczką miesiąca ani raz w tym czasie, ale pamiętam, że „Hobbita” przeczytałam szybciej niż trwa oddech pierwotniaka.  Nie ukrywam, że stanowiło to dla mnie wtedy pewne zaskoczenie, bo nie spodziewałam się cudów po „Władcy Pierścieni”, z którym nie łączyły mnie generalnie najlepsze wspomnienia, i, tak, nie wstydzę się przyznać, że czytanie „Władcy” mnie nudziło. Możliwe, że miało na to wpływ wcześniejsze zapoznanie się z filmami niż z książką.

Zanim obrzucicie mnie pomidorami i zgniłymi jajami nadmienię, iż nie zamierzam tutaj rzucać jakimiś obrazoburczymi sentencjami, że Tolkien zły, albo coś w tym rodzaju, bo przy „Hobbicie” [książce] naprawdę dobrze się bawiłam i sama powieść działała na moją wyobraźnię równie silnie co seria o Potterze. Bardzo się wciągnęłam, zaliczyłam kilka przyjemnych wieczorów z tym tytułem i tym bardziej ucieszyłam się, kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powieść doczeka się produkcji filmowej. Problem w tym, że nawet po zapoznaniu się już z dwoma częściami ekranizacji nie rozumiem, dlaczego historię o Bagginsie postanowiono wrzucić w ramy  najnowszej Hollywoodzkiej mody rozkładania historii na trzy kawałki minimum.

Skupmy się jednak na samej części drugiej „Pustkowie Smauga”, skoro już o niej postanowiłam tutaj napisać. Opowiada ona właściwie znaczną część historii, od pościgu orków do wygnania smoka z góry.  Obserwując wędrówkę krasnoludów do Góry, poznajemy wraz z nimi ich kolejnych sąsiadów, w tym ludzi (żyjących w mieście, które tak bardzo przypomina mi Pękninę ze Skyrim) i leśnych elfów, z ich zabójczo sparklującym królem. Poznajemy też w końcu samego smoka, którego krasnoludy będą starały się przechytrzyć, oraz inne nieprzyjemne, ale już bardziej bezczelne stworzenia, takie jak, dla odmiany, nie bardzo futrzate pająki. Tymczasem Gandalf zgłębia na włąsną rękę tajemnice orków i tym sposobem wszyscy dostają po dupie po równo. Spodziewacie się, że intensywność wbije was w fotel, tak, że zostanie po was tylko torebka po pop-cornie? Nic bardziej mylnego.

Sama scena z pająkami zajęła sporo czasu, który dałoby się wykorzystać lepiej. Prawdopodobnie wynika to z tego, że jeśli nie mamy akurat arachnofobii i chcemy wydać te kilka złotych więcej na bilet w 3D, to jest co oglądać i być może faktycznie wygląda to efektownie. Niemniej jednak, w 2D zwyczajnie mnie te sceny nudziły i czułam się źle względem wszystkich, którzy nie mogą nawet patrzeć na pająki i przesiedzieli dość długi czas z zamkniętymi oczami albo bawiąc się telefonem (nie wiem osobiście, co jeszcze można zrobić w takiej sytuacji). Właściwie każda scena która miała wywoływać u nas bezdech w 3D* w zwyczajnej wersji zalewała nudą. Nawet spływ beczkami, chociaż miejscami zabawny, po prostu nie wnosił żadnej nowej jakości. Rozumiem, że warto jest kłaść nacisk na sceny 3D, że taka inwestycja praktycznie zawsze się zwraca, szczególnie jeśli mamy do czynienia z produkcją o wskaźniku popularności wyższym niż ego Thranduila (patrz: popularni aktorzy, popularny reżyser, popularna historia, ogromny fandom). Jednakże, biorąc pod uwagę widownię która nie chodzi na filmy w 3D, to w mojej opinii**, włączanie scen pod film 3D w normalną taśmę jest zwyczajnie bez sensu i, jeśli nie są one konieczne dla rozwoju fabuły, można by je zwyczajnie skrócić.

Mimo tego, że praktycznie na każdym kroku widać ciężki budżet wyłożony na realizację filmu, to jedna scena wymaga tutaj wytknięcia. Mianowicie, sekwencja, kiedy Tauriel bohatersko leczy Kiliego z jego ran. W stosunku do tego, jak bardzo czułam sie obsypywana tym złotem niczym spod łap smoka, przez cały film, to jednak scena z wizjami Kiliego, złotą poświatą i psychodelią była zwyczajnie tania. Efekty specjalne były wręcz cierpkie w porównaniu do reszty, i mimo tego, że nie była to najważniejsza scena w filmie, nie zaszkodziłoby zrealizować ją ciekawiej.

Tutaj kłania się problem rozkładania krótkich historii na trzy lub więcej części. Mam nadzieję, że „Hobbit” nie powtórzy pomysłu ostatniej części „Harry’ego Pottera”, której to finał został rozłożony jeszcze na dwa filmy. Już w drugiej części miałam wrażenie, że, po pierwsze, ponieważ bardzo duża część historii została już opowiedziana, na ostatnią część nie zostaje nam pozostawione zbyt wiele, poza wątkami, stworzonymi chyba wyłącznie jako wypełniacz dlań (np. Legolas i jego pościg za orkiem). Po drugie, książka na prawdę nie była długa i nawet jeśli druga część filmu pokryła wiele wątków, to  była równie pełna scen-wypełniaczy – jeśli trzecia część ma mieć również ponad dwie godziny, to tych scen-wypełniaczy prawdopodobnie będzie jeszcze więcej. To wcale nie zachęca do udania się na trzecią część do kina, albo zakupu nawet najbardziej kolekcjonerskiej z kolekcjonerskich wersji filmu.

Jeżeli chodzi o samo przedstawienie właściwej historii w filmie, to jestem bardzo zadowolona. Uważam, że Peter Jackson jak zwykle spisał się na 5+ i, począwszy od doboru aktorów, na realizacji scenerii skończywszy jest na czym oko zawiesić. Wielki plus za pomysł, żeby zatrudnić żywego aktora do skomplikowanej animacji smoka. Brawa również należą sie samym aktorom, którzy wiele czasu musieli przepracować z green-screenem, co nie należy ani do najprzyjemniejszych, ani do najłatwiejszych zadań i, w zależności od tego ile żywych aktorów jest w to zaangażowanych***, wzrasta trudność i kunszt aktora wystawiany jest na coraz większą próbę. Całej ekipie za zbiorową wyobraźnie powinni podarować górę złota (już bez smoka).

Podsumowując, skłamałabym mówiąc, że źle się bawiłam, mimo tego, co można sobie pomyśleć czytając tą recenzję do końca. „Hobbit” zawsze będzie mi się mile kojarzyć, przede wszystkim z czasami dzieciństwa i nieustannie motywować mnie, żeby kiedyś odwiedzić Nową Zelandię. Jednakże, jeżeli ktoś zaproponuje wam przy kolejnej części udać się na maraton całej trylogii, polecam jednak zabrać ze sobą książkę – prawdopodobnie i tak zdążycie ją przeczytać, jeśli zanudzą was sceny-wypełniacze.

* Nie dotyczy scen ze Smaugiem, gdyż podobało mi się samo obserwowanie ile jest Benedicta w smoku i vice versa. (założę się, że gdyby mógł to spałby na dukatach)

**Niestety, nie jestem filmowcem, żadnej szkoły filmowej nie kończyłam, ale pokładam wielką wiarę w producentach, że da sie coś z tym zrobić.

*** Widziałam gdzieś relacje z back-stage pierwszej części i fotosy jak Ian McKellen (Gandalf), żeby uzyskać efekt wysokości swojej postaci w stosunku do hobbitów, musiał pracować praktycznie z samymi kijkami z twarzami aktorów. Zakładam, że to nie mogło być przyjemne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s