nie samą azją człowiek żyje

Ostatnimi czasy mam na oku pewien serwis, umieszczony na FB, którego updejty w okresie większej popularności czytałam sobie wieczorem, przegryzając przy tym popcorn i popijając wino, przewijając sobie wypociny użytkowników między zdjęciami kotów. Po uspokojeniu sumienia, że przecież każdy ma jakieś dirty pleasure („Na miłość boską, to tylko koty!”), doczytałam się wpisu zarzucającego otaku, że nie interesują się niczym poza Azją.

Dla pewności przeczytałam go jeszcze kilka razy, żeby wyłapać sens, ale chyba go nie znalazłam.  Kiedy już czytanie przestało mnie bawić, zaczęłam się zastanawiać, czy może jednak w tym szaleństwie jest metoda. Oczywiście, moim wielkim zainteresowaniem od conajmniej 10-15 lat jest Azja, z naciskiem na Japonię, ale generalnie uważam się też za geeka, chociaż nie takiego ekstremistę, żeby innym narzucać, że już nic poza Azją nie widzą.

Szczerze, to nie uważam, że interesowanie się Azją i czymś jeszcze dodaje nam jakiejś bardziej ludzkiej twarzy. Generalnie uważam to za dość dziwny pogląd, szczególnie w XXI wieku: człowiek powinien się interesować czym chce i dopóki nikomu to nie zagraża, to nie mamy prawa tej osoby ani jego zainteresowań osądzać, chociaż wiem, że taka perspektywa wszystkich kusi. Serio, kto jest pierwszy bez winy niech rzuci Gundamem. A tak na poważnie – przesadzać w drugą stronę wcale nie jest lepiej. Okej, można mieć i z milion zainteresowań naraz, ale Thora z rzędem temu, kto znajdzie na to wszystko czas i pieniądze. Osobiście mam wieczny problem z podziałem czasu na wszystkie zajęcia i pomysły, które wpadną mi do głowy, więc skoro już się tak otwieram, to mogę się przyznać, że jak narazie dużo czasu zajmują mi seriale sci-fi i gry. W tej kolejności. Skupmy się jednak na grach.

Kiedy już udało wyrwać mi się z tentakli sesji tej wiosny postanowiłam kilka tytułów odkryć lub odkryć na nowo. Pomyślałam, więc, że po przetestowaniu kilku tytułów podzielę się z wami kilkoma krótkimi przemyśleniami na ich temat, na zasadzie „Burakku Quality” – skoro mnie się podobało, może i wam się spodoba, a może nawet przy okazji napędzi mnie to dłuższego pisania na temat tych gier, na stronie odpowiednio do tego poświęconej, ale o niej za chwilę.

ALICE: MADNESS RETURNS

czyli gra, która została odkryta przede mną

Pana American McGee osobom z mojej generacji (chyba) nie muszę przedstawiać. Dla tych, którzy jednak wcześniej nie słyszeli, ani o Alcie ani o panie McGee spieszę przypomnieć, że jest on, nomen-omen, amerykańskim projektantem gier, prawdopodobnie kojarzonym najczęściej z tytułem „American McGee’s Alice” – grze opartej na historii „Alicji z Krainy Czarów”. Kiedy byłam mała ta gra bardzo mnie straszyła, dlatego tym przyjemniej było mi zapoznać się z nią, kiedy już podrosłam, a szczególnie z jej soundtrackiem (dla smaczku dodam, że w całości tworzony był przy użyciu dziecięcych zabawek, co prawdopodobnie podnosi jego kakkoiness do maximum).

Może druga część nie jest aż tak kripi jak na concept artach, ale bywa.

„Alice: Madness Returns” jest drugą częścią przygód dzielnej Alice w świecie jej psychiki. Na grę natknęłam się dzięki trailerowi, kilku game plays, ale z braku czasu  musiałam ją odłożyć na bok. Tym fajniej było móc po nią w końcu sięgnąć i jeśli po obejrzeniu powyższego traileru zastanawiacie się, czy po nią sięgnąć, to  po prostu to zróbcie. To prawda, skakanie po platformach czasami doprowadza do szału, mini gry grają na nerwach, a gra sama w sobie zazwyczaj robi sobie jaja z waszego  poczuciu komfortu, szczególnie w kiedy do uszu dochodzą odgłosy deptania mięsa, ale warto zaryzykować.

THE CAVE

czyli gra, którą odkryłam, generalnie.

Chyba nie napisałam o niej wciąż pożądnej recenzji tylko dlatego, że pomimo ukończenia jej trzy razy dalej nie wiem, co o niej powiedzieć. Na dziś mogę powiedizeć, że najlepiej opisać ją przez słowa: jest skomplikowana w swojej prostocie. Założenie jest bardzo proste: oto mamy do wyboru drużynę trzech z siedmiu bohaterów, którzy muszą pokonać wędrówkę przez pełną pułapek jaskinię… która gada i to jeszcze urzekającym, zmiękczającym kolana głosem Stephena Stantona.


Właściwie nasza rola jest dosyć zwyczajna – gracz rozwiązuje zagadki, przechodzi dalej, pod koniec zbiera artefakty i zabawę możemy rozpocząć od nowa. Historia każdej z postaci jest jednak wyjątkowa, ma własne plansze i pułapki, ale i często angażuje całość drużyny. Ostatecznie, chociaż nie mamy wielkiego wpływu na rozwój akcji, decyzje kilku postaci mogą nas naprawdę zaskoczyć, szczególnie za pierwszym razem. Wspaniałej atmosfery dodaje również narracja wspomnianego wyżej aktora. The Cave to świetna rozrywka, chociaż nie na długie wieczory – za to na 100% zapewni chwilę relaksu, szczególnie jeśli sami mamy od czasu do czasu ochotę kogoś wepchnąć pod sarkofag.

BIOSHOCK (2007)

czyli gra, którą odkryłam na nowo

Serię BioShock już z pewnością znają wszyscy, a jeśli nie, to te osoby miały wielkie szczęście ominąć szał związany z tegoroczną premierą trzeciej części gry – Infinite. Mowiąc kolokwialnie, jest wypasiona w kosmos po wsze czasy, mówię to jeszcze nie grając w nią: mam nadzieję, że kiedyś jednak będę miała ku temu okazję. Tymczasem, korzystając niedawno z wolnego wieczoru, postanowiłyśmy z moją znajomą sięgnąć po pierwszą część serii i spędziłyśmy noc z szczęką opuszczoną do podłogi.
Na początku gry bierzemy udział w katastrofie samolotu, by potem dostać się do podwodnego miasta Rapture, w którym przyjdzie nam zmagać się z różnymi kreaturami ludzkiego pochodzenia, ratować lub niwelować Little Sisters, czy wysłuchiwać sztuki propagandy w czystej postaci.
Z pierwszoosobową rozgrywką mam zazwyczaj spore problemy, niemniej jednak dobrze gra mi się w ten tytuł i nie mogę się doczekać, żeby sięgnąć po drugą część – choćby ze względu na efekty, które już w tej części robią na mnie duże wrażenie a muszę okroić efekty graficzne do przyzwoitego minimum (przy wielu szczegółach efekt musi być nieasmowity!). Dla mnie tutaj jednak nie chodzi tylko o efekty, oj nie. Klimat mroczny niczym dno oceanu, narastająca psychoza i pokręcona filozofia Rapture sprawiają, że ciężko jest się oderwać od tego świata i być może to stanowi największą zaletę tej części.

Tyle by było mojego krótkiego wywodu o grach. Swoją wielką sympatię przesyłam w tym miejscu do kilku prezenterów i prezenterek Radia, którzy w bardzo miły dla ucha sposób realizują pasję związaną z grami, dzięki audycjom poświęconym w szczególności grom lub ich muzycznej otoczce, lub organizują turnieje, nawet w takie gry, których nie ogarniam (patrz: chociażby ten ostatni turniej w LoL). Dozgonne wyrazy wdzięczności oraz wielki kopniak w tyłek ślę również do moich przyjaciółek, dzięki którym projekt Wysokie Joysticki – bloga o graczkach i dla graczek – miał prawo zaistnieć. Zachęcam was do czytania zamieszczonych tam artykułów – mam nadzieję, że po generalnym liftingu rozrkęcimy się na jeszcze więszkszych obrotach ;). Tymczasem, wybaczcie mi, ale udaję się potańczyć ze zwłokami.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s