obrazki mniej i bardziej ruchome

Mam ostatnio wrażenie, że zaczynam kreować pewien image animcowo-mangowego laika, takiego, który niby wie o co chodzi, ale ostatnie anime oglądał prawdopodobnie w międzyczasie robiąc prawo jazdy na pterodaktyla, a mangi czytał na glinianych tabliczkach, przy akompaniamencie openingów granych na kościach mastodonta. Otóż, moi drodzy, nie jest aż tak źle, aczkolwiek, dla przyzwoitości zapewne nie zobaczycie mnie z szaleństwem w oczach uaktualniającej swoją bazę na myanimelist. Nawet sobie takiej nie zakładałam, żeby mnie buraczane sumienie nie męczyło. Mam za to tendencję do upartego polecania pewnych tytułów, w sytuacji, kiedy pada tak bardzo lubiane przez otaku pytanie „Jakie jest twoje ulubione anime/manga?” W mojej głowie otwiera się wtedy stara, zakurzona szufladka, wypluwa z siebie kilka pająków i stwierdza, co następuje:

ANIME: Azumanga Daioh

Azumanga to dla mnie jedna z tych produkcji, które się kocha, albo nienawidzi. Decyzja o obejrzeniu tego anime była dla mnie zdecydowanie trafiona. Stanęłam przed przypadkiem porównywalnym do mojej niemijającej fazy na parodię Gantza, którą to jestem zdolna oglądać milion razy a i za kolejnym dalej będzie mnie śmieszyć. Myślę, że w przypadku AD składa się na ten efekt kilka czynników. Po pierwsze, będzie to szalona mieszanka charakterystycznych postaci, ale jest też troszkę naughty, bo są i podteksty yuri; są koty, są stereotypy o Japończykach (patrz: Osaka), jest parodia na tradycje i zwyczaje, a czasami jest zupełnie serio. I to jest najdziwniejsze, dziwniejsze nawet niż sam opening:

Ponadto, od początku pokochałam postać nauczycielki angielskiego, Yukari, i do dziś uważam, że gdyby przyszło mi pracować w tym zawodzie, to pewnie byłabym nauczycielem-mieszanką właśnie Tanizaki i być może Kamisaki z Ohitorisamy.

Podsumowując, Azumanga to 26 odcinków wspaniałej historii, w czasie której towarzyszymy grupie dziewczynek w przeżyciu szkoły średniej i wszystkich dziwów, które ten czas generuje, a wszyscy wiemy, że ich nigdy nie brakuje. Złapałam się na tym że, o dziwo, najmilej wspominam te odcinki, które były poświęcone nauce do egzaminów. Właśnie tak działa ta seria: ostatecznie potrafi wyśmiać nawet swojego widza.

MANGA: Aishiteruze Baby

Lubię komiksy, które same na siebie pracują i nie potrzebują żadnych wybujałych historii, żeby przykuć uwagę swojego czytelnika. Historia AB jest co najmniej zwyczajna: w życie siedemnastoletniego Kippei’a, który prowadzi zwyczajne luźne życie licealisty, wkracza nagle mała Yuzuyu, którą to matka, załamana po śmierci męża, zostawia pod opieką rodziny Kippeia. Rodzice powierzają zadanie opieki nad Yuzuyu właśnie chłopakowi, który musi zarzucić doczesne egoistyczne zagrania i poświęcić się sztuce wiązania kucyków i robienia onigiri o piątej rano.
Moja ulubiona scena w tym komiksie~
Myślę, że AB bardzo silne mnie złapało, ponieważ w niebanalny sposób pokazuje bardzo prostą historię. Zarówno Yuzuyu jak i pozostałe postaci zachowują się bardzo naturalnie i w przemyślany sposób.  Fabuła nie jest „rozlazła” – autor nie każe nam co nuż przeżywać tych samych schematów, wręcz odwrotnie – jest zdecydowanie konkretna, co przejawia się w dość krótkiej rozciągłości (33 rozdziały!) i, co najważniejsze, jest kompletna. Historia nie pozostawia po sobie niesmaku ani niedopowiedzeń. Niesamowicie podoba mi się również kreska – kolejne strony nie są może ambrozją dla oczu, ale są zdecydowanie dynamiczne i zaplanowane. Powiem więcej, gdybym kiedyś była w stanie zakupić sobie chociaż jeden tomik AB, zrobiłabym to bez wahania – a to z mojej strony, względem komiksu, wyraz ogromnego oddania.

MANHWA: PRIEST

Burakku miała kiedyś 16 lat, ale że zawsze wyglądała staro, to udało się jej zakupić w pewnym sklepie z komiksami manhwę +18. Odstawiłam ją jednak wtedy po pierwszym tomiku, przyznając wyższość dla kunsztu rysownika, ale Priest wracał do mnie zawsze, aż w końcu przeczytałam całość kilka lat później i… wciągnęłam się na nowo. Jeśli już jakiemuś komiksowi to się udało, oznacza to, że musi być fajny.
Manhwa łączy ze sobą w bardzo umiejętny sposób dwa ciekawe światy: dziki zachód i horrory. Otóż, główny bohater, Ivan Isaac podpisuje pakt z demonem Belialem, który to wprawdzie uwalnia go od wiecznych katuszy przeżywania śmierci ukochanej Ivana – Geny, ale w zamian wysyła go na misję przeciwko demonowi Temozareli (zwanym przeze mnie również Temozzarellą). Na pozór jest to proste założenie, ale w miarę czytania kolejnych tomów fabuła zakręca się niczym moje włosy przy deszczu. Ivan wydaje się postacią pozytywną, ale ostatecznie pokusiłabym się o stwierdzenie, że fabuła w tym przypadku nie ma żadnych naprawdę „dobrych” postaci – co, ku mojemu zdziwieniu, tylko wychodzi jej na dobre! Stąd Priest wpisuje się w westernową historię i oszczędza nam wszelkich idealistycznych smentów, a jeśli pewna specyficzna filozofia przewija się przez fabułę, to zawsze ma swoje uzasadnienie i rozwinięcie, przy czym całość trzyma się kupy i nie traci poziomu.
Jeśli chodzi o kreskę, to jestem tutaj absolutnie nieobiektywną fanką. Jest ostra, kanciasta, dynamiczna, niczym wisienka na torcie całości tej manhwy. Widać w niej odniesienia do Hellboy’a, co zresztą sam autor przyznał. Generalnie jest mrocznie, krwiście i paskudnie (bo jakże by miało być inaczej, to historia o demonach!) ale nie potrafię się osobiście nie zachwycić takimi rysunkami:
*fangazm*
Priest nie jest po prostu straszną opowieścią o super-mścicielu. Manhwa bywa nie fair, rzuca czytelnika na głęboką wodę, miesza mu w głowie, np. zmieniając ramy czasowe, albo robiąc wielki przestój w jakimś wciągającym punkcie… i tak strasznie nie daje po nocach spać.~
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s